piątek, 27 marca 2015

Refleksyjny piątek

Z prawnikiem nie spotkałam się. Umówieni byliśmy już dawno, lecz stale "działo się" coś, co uniemożliwiało spotkanie się. Rozmawialiśmy zatem ze sobą przez telefon. Nie wiedzieć czemu, ubzdurałam sobie, że ten człowiek nazywa się Robert, choć w rzeczywistości ma na imię Łukasz, co z resztą przypominał przedstawiając się na początku każdej rozmowy. Nasze konwersacje stanowiły wzorcowy wręcz przykład taktu oraz elegancji. Były poprawne, aż się niedobrze robiło.
- Panie Robercie, jak upływa panu dzień?
- Ależ droga Pani, mam na imię Łukasz!
- Bardzo pana przepraszam, jestem dziś taka roztargniona!
- Nic nie szkodzi, to takie urocze w pani wykonaniu!
Ponieważ kontaktowaliśmy się ze sobą przynajmniej kilka razy dziennie, po zaledwie dwóch dniach Łukasz uznał, że znamy się już na tyle dobrze, że może złożyć mi pewną propozycję: - Czy zechciałaby Pani towarzyszyć mi podczas wesela mojego brata?
Oczywiście, że zechciałabym. Wesele brata odbędzie się w najbliższą sobotę i liczę na to, że wreszcie uda nam się zobaczyć i porozmawiać bezpośrednio. Ciekawe, czy Łukasz założy na tę okoliczność frak?
Niespodziankę sprawił mi dziś także Bracik, ponieważ nieoczekiwanie zaproponował spotkanie w realu i bynajmniej nie chodziło o supermarket. Tak już przywykłam do naszych wirtualno-youtubowych spotkań, że jego pomysł wydał mi się z początku niedorzeczny. Oczywiście, gdy zaproponował sobotę, natychmiast się zgodziłam!
Monotonne stało się natomiast pojawianie się na moim profilu randkowym  wiadomości tej samej treści, ale wysyłanych od różnych osób. Wiadomość brzmiała: Szukam niezobowiązującej znajomości. - Wszystkim odpisałam to samo: - Mam nadzieję, że znajdziesz.
Największą niespodziankę sprawiła mi jednak jedna z klientek. Od kilku dni przeżywałam wręcz oblężenie telefoniczne. Odbierałam po kilkanaście połączeń dziennie, a każde trwało dłużej niż przeciętnie. Poniedziałek obfitował w sprawdzanie potencjalnej zdrady u partnera, we wtorek dominowały zapytania o sens życia i jakie numery padną w lotto. Kilkanaście minut przed północą postanowiłam, że to koniec na dziś. Dosyć, żadnych numerów więcej, żadnych zdrad i nieszczęśliwych związków. I wtedy zatelefonowała Pani Kasia. Imię nie zostało zmienione na potrzeby bloga. Pani Kasia nie pytała o nic niezwykłego, można powiedzieć: standard. Lecz rozmowa z nią stanowiła najlepszy relaks, jaki mogłabym sobie wówczas zamarzyć. Śmiałyśmy się do rozpuku, zupełnie zapomniałam o profesjonalizmie i zasadach i rechotałam, jak żaba, odpowiadając na pytania Pani Kasi. Gdyby dziś ktoś mnie zapytał, co mnie tak rozbawiło w tej rozmowie, nie umiałabym odpowiedzieć, ale wiem jedno: Pani Kasiu, proszę co jakiś czas do  mnie zadzwonić. Jakoś się umówimy i ja Pani zapłacę za tę rozmowę!
Na koniec ciekawostka. Czasem dyżuruję w nocy. Nocne rozmowy są bardzo wyczerpujące i to nie tylko dlatego, że klienci telefonują zwykle między 2.30 a 4.15. Ta rozmowa była naprawdę niezwykła: - Halo, kim pani jest? - odezwał się męski głos. - Bo ja do domu dzwonię!

czwartek, 26 marca 2015

Hipnotyczny czwartek

Poddałam się hipnozie z ciekawości. Pragnienie doświadczenia czegoś więcej doprowadziło mnie do poznania pewnego człowieka, którego na potrzeby opowieści nazywać będę Panem Jackiem. Pan Jacek posiada ogromne doświadczenie w tzw.hipnotyzowaniu w celach leczniczych. Jest z wykształcenia lekarzem, ale zajmuje się także ziołolecznictwem i terapią uzależnień. Kilka miesięcy zajęło mi podjęcie decyzji, czy udać się do niego, czy poddać się hipnozie w ogóle. To przecież nie jest zabawa w wesołym miasteczku. Od razu zaznaczę, że wybór osoby, która będzie wprawiać w stan hipnozy jest ogromnie ważne. I nie chodzi tu tylko o kwalifikacje, ale przede wszystkim o osobowość. Gdybym nie miała  zaufania do Pana Jacka, moja przygoda z hipnozą zakończyłaby się już po kilku minutach.
Seans odbył się w gabinecie Pana Jacka. Tego dnia nie umawiałam się z z nikim, nie wiedziałam przecież , jak będę czuła się po wszystkim, ile czasu mi to zajmie. Towarzyszyła mi moja przyjaciółka, Iwona. Późniejsza relacja Iwony i Pana Jacka oraz moje odczucia składają się na tę opowieść. Gdyby nie fakt, że wiedziałam, o której to się zaczęło i o której zakończyło, nie umiałabym odpowiedzieć na pytanie, jak długo przebywałam w transie: kilka minut, kilka godzin czy kilka dni. Moje odczucia, jak się zachowywałam,  w porównaniu z obserwacją pozostałych dwóch osób, to dwa różne przeżycia. Podczas całego seansu odpowiadałam na zadawane pytania oraz sama mówiłam, co widzę, słyszę i czuję. Przebieg hipnozy był rejestrowany.
Położyłam się wygodnie na kanapie i zamknęłam oczy . W gabinecie był jasno, nie przeszkadzało mi to, gdzieś z boku sączyła się przyjemna muzyka reiki. Iwona siedziała pod ścianą i nie odzywała się. Pan Jacek zaczął wprowadzać mnie w trans, mówiąc do mnie łagodnym głosem: - Odpręż się, poczuj, jak twoje stopy się odprężają, poczuj, jak twoje kolana się odprężają, poczuj, jak twoje ręce się odprężają...
W pewnej chwili ogarnął mnie niewypowiedziany lęk. Serce podeszło mi do gardła, dłonie zrobiły się wilgotne, poczułam w sobie wręcz panikę. Otworzyłam oczy i usiadłam wyprostowana, gwałtownie łapiąc oddech. Nie potrafiłam wytłumaczyć, co się ze mną stało, dlaczego tak zareagowałam, czego się przestraszyłam.
- Pomyśl, co czujesz - powiedział spokojnie Pan Jacek. - Nie staraj się na siłę szukać odpowiedzi, czego się boisz. To przyjdzie samo. Teraz nazwij swoje uczucia.
- Lęk, nawet strach, taki, jakbym bała się o swoje życie, lęk przed śmiercią. - powiedziałam z wahaniem. - Zapadałam się w sobie i to mnie przeraziło. Zupełnie, jakbym tonęła.
- Nie bój się tego uczucia. - Pan Jacek łagodnie pogładził mnie po ręce. - To, przez co za chwilę przejdziesz już się wydarzyło. Ty ponownie tylko to odczujesz. Tak, jak w kinie, podczas bardzo sugestywnego filmu.
Wiedziałam, instynktownie czułam, że jeśli wycofam się teraz, to już nigdy nie pozbędę się tego  męczącego wrażenia, że uległam wobec własnej słabości. Nikt na mnie nie naciskał, nie czułam presji ze strony Pana Jacka, czy Iwony. Wiedziałam, że seans możemy przełożyć lub zupełnie z niego zrezygnować. Przez chwilę tego właśnie chciałam, odłożyć, odsunąć w czasie, na kiedyś, na później. Wiedziałam jednak, że to kiedyś już nie nadejdzie. Teraz. Muszę przez to przejść teraz.
Ponownie położyłam się na kanapie i zamknęłam oczy. Zanim Pan Jacek cokolwiek powiedział, mnie już zrobiło się gorąco ze strachu, cała drżałam, oddychałam ciężko. Uczucie tonięcia pogłębiało się, łapałam powietrze, jak ryba. Bałam się, że naprawdę utopię się w pokoju doktora, leżąc na jego sofie!
- Nie bój się, jesteś bezpieczna, nic złego cię nie spotka, nikt cię nie skrzywdzi... - sączył się łagodny głos Pana Jacka. I wreszcie przyszedł ten moment, kiedy strach był już tak wielki, że... przestałam się bać. Zrobiło mi się wszystko jedno, pogodziłam się z losem, tak mogę to opisać. Czułam, jak zapadam się w otchłań, niezmierzoną głębię i ciemność. Wtedy dopiero poczułam się w pełni rozluźniona. Moje ciało rozpadło się  na milion maleńkich cząsteczek, które zniknęły gdzieś w przestrzeni. Przestałam istnieć, ale dzięki temu czułam, że istnieję bardziej, mocniej. Nie było już żadnych ograniczeń, mogłam przeniknąć cząsteczkę wody, mogłam być wszędzie i wszystkim.
- Teraz policzę od 10 do zera. - kontynuował Pan Jacek. - Gdy dojdę do zero, dam ci znak i potem przeniesiesz się w głąb swojej podświadomości i pozwolisz, aby poprowadziła cię. Podążysz za nią, mówiąc o tym, co widzisz, słyszysz, czujesz, jak się czujesz.  Dziesięć...
Poczułam, że spadam. Wciąż było ciemno, spadałam w tunel bez dna. Raz szybciej, raz wolniej, raz leciałam z ogromną prędkością "na łeb na szyję", to znów opadałam wolno, niczym piórko.
- Pięć...
Odliczanie nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Nie towarzyszyło mi najmniejsze przekonanie, że gdy usłyszę "zero" to coś się wydarzy. Po prostu spadałam...
- Zero. teraz!
Wciąż spadałam. Czułam powiew powietrza, czasem było mi zimno, czasem cieplej, ale nie odczuwałam znacznego dyskomfortu. W pewnej chwili zatrzymałam się. Wisiałam w powietrzu. Ciemność wokół mnie zaczęła się rozrzedzać. Przypominało to świt, słońce wstaje i zalewa swoim światłem świat. Zobaczyłam brzeg rzeki lub jeziora, obrośnięty szuwarami, trawą wysoką na metr i innym zaroślami. To mogła być wczesna wiosna, bo roślinność nie przybrała jeszcze świeżej barwy, choć ja nie czułam chłodu. Dokoła nie było nikogo. Nie widziałam też żadnych zabudowań. Po chwili obraz się zmienił. Teraz patrzyłam na duże, męskie stopy, obute w mocno zniszczone i mocno zakurzone sandały ze skóry. Stopy krwawiły. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że są  to moje stopy i że ponad stopami jest tułów, ubrany w ciężką zbroję, w której jest mi  bardzo gorąco. Horyzont przesłaniał mi  ciężki hełm, spod którego coś wyciekało i spływało mi na oczy. Otarłam twarz wierzchem zakurzonej dłoni. W dłoni trzymałam miecz. Bolała mnie ręka. Zanim zdążyłam się zastanowić nad tym, co widzę, już biegłam skrajem urwiska. Pode mną ziała przepaść skalna, musiałam biec, bo ktoś za mną krzyczał. Biegłam boso, kamienie wbijały mi się w stopy, kaleczyły palce. Dobiegłam do krawędzi i skoczyłam. Nie bałam się. Rozłożyłam ręce, jak do lotu. Od tego momentu obrazy przesuwały się w takim tempie, że nie nadążałam z rejestrowaniem, co widzę. Widziałam bowiem powiewające, muślinowe zasłony, stary młyn, przy którym szum wody zagłuszał coś, co mówił do mnie młody chłopak, stół zastawiony truskawkami, niemowlę w kołysce, las, zielony i pachnący, brukowaną ulicę i śmierdzący rynsztok. Przy niektórych wizjach dane mi był zatrzymać się na dłużej, przy innych tylko na ułamek sekundy.
- Co widzisz? Czy widzisz jakieś nazwy, daty, twarze, które znasz? - przebijał się głos Pana Jacka. To mnie rozpraszało. Nie nadążałam z opowiadaniem, co widzę. Obrazy często były niewyraźne, lub widziałam coś z takiej perspektywy, że z początku nie umiałam powiedzieć, co to jest.
- Nie umiem tego opisać. Nie umiem tego do niczego porównać. To jest jakby skała, a w niej wydrążone otwory, jak w plastrach miodu, ale można tam wejść z każdej strony, można wejść do góry nogami i tak pozostać. Grawitacja nie działa. Ktoś coś do mnie mówi. Rozumiem, co mówi, choć nie słyszę słów i nie widzę nikogo. Mam wrażenie, że ja tez jestem tym kimś lub czymś. Wszędzie jest bardzo jasno, ale i tak nic nie widać. Tu wzrok i słuch są niepotrzebne, przeszkadzają. Gdy mówię, to nie mogę odczytać, co inni do mnie mówią. Jestem rozproszona.
- Nie wiem, czym jestem. Raczej nie człowiekiem... Czuję się silna i bezpieczna. Tam jest woda, jakieś jezioro. Muszę się napić. O rany! Zobaczyłam się! Jestem ptakiem! Orłem! Mam dziób!
- Coś na mnie siedzi. Czuję ciężar. Nie mogę się poruszyć. Jestem zakopana?... Nie wiem, co się dzieje... liście... wiewiórka... czy to możliwe, że jestem drzewem?...
- Lecę. Między szczelinami skalnymi. Pode mną są lasy, zielone, bezkresne. Co za cudowne uczucie...
- Wchodzę do sieni. To dom na wsi. Na ścianie wisi kalendarz, ale wiatr podnosi kartki do góry... chyba było  tam napisane 54 ale nie jestem pewna. Na lewo od wejścia jest duży pokój z wyjściem na werandę. Stół, na stole koszyk z grzybami. Ktoś przyszedł.... teraz idziemy wzdłuż drogi. Jest bardzo gorąco. Sierpień. Nie wiem, skąd wiem. Ten mężczyzna ma ciemne włosy i niebieskie oczy. Jest młody, uśmiecha się do mnie, całuje mnie w policzek.
- Wiszę nogami w dół. Nie mam oparcia. Dookoła jest rozwrzeszczany tłum, boli mnie kark, nie mogę spojrzeć w górę, but mi spadł...
- Jerozolima. Obserwuję, jak świat przewija się dookoła. Jem coś, mam brudne ręce... Te ręce są stare.
Nie pamiętam, ile było tych wizji. Niektórych nie umiałam w ogóle opisać. Mówiłam tylko, że jest mokro, ładnie pachnie, muszę skręcić głowę w prawo, coś lepkiego, jestem kobietą, chyba nie mam nogi itp.
Pamiętam, że podczas moich "podróży" czułam, że choć nie mam ciała, to czasem wykonuje ono jakiś ruch, pochyla się, opada, przewraca, patrzy w górę, w dół. Pan Jacek i Iwona zgodnie potwierdzili, że leżałam w całkowitym bezruchu. Poruszałam wyłącznie ustami.
W pewnej chwili Pan Jacek powiedział - Teraz policzę od pięciu do zera. Na "zero" wrócisz do stanu świadomości. Jeden...
Nie chciałam wracać. Wędrówka była męcząca, ale też ciekawa. Gdy usłyszałam "zero" zrobiło mi się przykro, byłam zła na Pana Jacka, że to przerwał. Chciałam "płynąć" dalej.
- Jak się czujesz? - padło pierwsze pytanie.
- Jestem zmęczona. - odpowiedziałam, - Jestem bardzo zmęczona, mam ochotę iść spać.
Tak też zrobiłam. Następnego dnia i przez kilka kolejnych dni czułam się znakomicie wypoczęta i zrelaksowana ale zarazem towarzyszyłam mi tęsknota za tym przeżyciem. Chciałam je powtórzyć. Ponadto twarz mężczyzny, którą ujrzałam podczas wizji, tego ciemnowłosego z niebieskimi oczami, pojawiała się również w moich snach. Kim on jest? Był? Dlaczego wciąż go wspominam?

piątek, 13 marca 2015

Statystyczny piątek

Do tej pory przeprowadziłam około 2000 rozmów z klientami. W większości były to kobiety. Przekrój wiekowy od 18 do 75 lat, najczęściej odzywały się osoby w wieku miedzy 25 a 45 lat. najczęściej zadawane pytania dotyczyły miłości, związków, uczuć, relacji. Przeciętnie konsultacja trwa ok 5-6 minut, choć zdarzały mi się rozmowy 45 minutowe. Ile z tego zarabiam? Różnie, ale nie więcej niż 40 % całej kwoty, którą płaci klient. Najgorzej pracuje się w nocy. Nocne dyżury trwają od 2.00 do 5.00, od 2.30 do 5.30 lub od 5.00 do 7.00. Najwięcej rozmów przytrafia się między 3.00 a 5.00 rano. Zdarzają się klienci, którzy telefonują kilka razy pod rząd, do tej pory mój rekord "zarwanych nocy" to łącznie cztery doby. Najtrudniejszym klientem była młoda kobieta, wedle jej słów, zamożna, samodzielna, niezależna i samotna. Za każdym razem zadawała mi te same pytania i nigdy nie była usatysfakcjonowana z odpowiedzi. Najprzyjemniejszy klient, to Pan Andrzej, który dzwonił tylko po to, aby mnie nieprzerwanie przez 5 minut komplementować.
Najdziwniejsze pytanie, jakie dostałam brzmiało: czy moim przeznaczeniem jest znaleźć się w kosmosie? Strasznie mnie korciło, żeby doradzić klientowi tę podróż w kosmos. Niech leci!
Jakkolwiek dwuznacznie to zabrzmi, to sądnym dla mnie dniem, kiedy to "obsłużyłam" 25 klientów był pewien lipcowy poniedziałek. Nie miałam wówczas  czasu, żeby się wylogować.
Pytania, na które nigdy nie udzielam odpowiedzi to pytania o śmierć i ciężką chorobę. Pytania, których nie lubię, to pytania o sprawy, które zależą wyłącznie od samych pytających, np. czy zdecyduję się zajść w ciążę w najbliższym czasie.
Najśmieszniejsza sytuacja przytrafiła mi się wówczas, gdy jeden z klientów telefonował prowadząc jednocześnie samochód. Padło pytanie: czy czekają go jakieś straty finansowe w najbliższym czasie? Odpowiedziałam, że tak. Chwilę potem usłyszałam w słuchawce policyjną syrenę. Rozbawiony klient zadzwonił do mnie po chwili i powiedział, ze się sprawdziło, bo właśnie dostał mandat za rozmawianie przez komórkę podczas jazdy.
Na portalu randkowym też dokonałam podsumowań, ponieważ właśnie odwiedził mój profil dwusetny gość. Spośród wszystkich odwiedzających przytrafiły się trzy kobiety. Wszystkie trzy złożyły mi bardzo jednoznaczne propozycje, ale je odrzuciłam, kobietki nie były w moim typie.
Ponad 90 % odwiedzających napisała do mnie wiadomość, lub puścili tzw. oczko. Blisko 2/3 mężczyzn, którzy odwiedzili mój profil to ludzie wolni (przynajmniej tak deklarują) w wieku od 30 do 43 lat. Ponad połowa z nich jest zainteresowana wyłącznie przygodami. Przeważają blondyni, niezależni finansowo, zdeklarowani kosmopolitanie.
Standardowe powitanie to: Hej, masz fajny profil! Umówimy się? Zwykle odpowiadam na to, że mój lewy profil jest cokolwiek gorszy od prawego i czekam na reakcję. Połowa "zaczepialskich" obraża się lub w ogóle nie utrzymuje dalej kontaktu.
Z tej garstki, która się ostaje, kolejna grupa (ok 30%) odpada po pierwszych dniach korespondowania. Typowe pożegnanie ( o ile jest) brzmi: - Wiesz, muszę jutro wyjechać w delegację/ na konferencję i nie będę mógł rozmawiać przez jakiś rok, bądźmy w kontakcie!
Z pozostałymi zwykle po 2-3 dniach umawiam się na randkę. Wyjątek stanowi Bracik. W rozmowie z nim ten temat dotąd nie wypłynął.
Nie zastanawiałam się jeszcze, jakie wnioski wypływają z tych statystyk. Ale wiem jedno, nauczyłam się formułować krótkie i zwięzłe komunikaty, zawierające jak najwięcej treści, Szymon Słupnik to przy mnie wulkan zniecierpliwienia, nabrałam ogromnego dystansu do siebie i przede wszystkim do swojego wyglądu. Idealnie skrajne opinie na mój temat , które czytam lub słyszę przyjmuję do wiadomości i odkładam "ad acta." Dzięki temu stałam się bardziej pewna siebie i otwarta na ludzi. to chyba dobrze?
Jutro randka z prawnikiem. Przez telefon brzmiał bardzo obiecująco. I tym razem nie jest to portalowy kandydat. Ale najprawdziwsza z prawdziwych randka zaaranżowana przez  swatkę. Niezastąpioną sąsiadkę, która zawsze dobrze mi życzy.

środa, 11 marca 2015

Leśna środa

Dzień rozpoczął się od standardowej rozmowy z Panem Przemkiem. Zamiast powitania usłyszałam,że wszystkie kobiety są takie same, to znaczy podłe, wredne, okrutne i wyrachowane materialistki. Należałoby je wszystkie zamknąć w rakiecie i wystrzelić na księżyc. Jak zwykle tylko wysłuchałam, bo nie dopuścił mnie do głosu. Skądinąd mu współczuję. Młody facet, a już tak wiele złego doświadczył w relacjach damsko-męskich. Jednak to nie moja wina, ze jedna dziewczyna go oszukała, druga okradła i oszukała a trzecia oszukała, okradła i wyśmiała.
Środek dnia wypełniły rozmowy z klientami, którzy starali się mnie przekonać, że są uosobieniem dobroci, aniołami, które zstąpiły na ziemię, tylko zapomniały po co. Wielu z nich skrzydeł używa już tylko w celu zamiatania podłóg. Ja natomiast jestem Wyrocznią, która przypomnieć ma im o ich misji. Większość rozmów rozpoczynała się dziś od słów: - " Chciałem dobrze...-", "Zawsze mogę zac ząć wszystko od nowa!", " Jeśli tylko on zrozumie i się zmieni...", " Dlaczego los mnie tak doświadcza, przecież jestem dobry?", "Pomogę jej naprawić błędy." Coś mi to przypomniało, sięgnęłam więc do Dantego i przywołałam obraz wszystkich dziewięciu kręgów piekieł. Wróżbici zajmują przedostatni, więc od dziś przestaję posługiwać się tytułem zawodowym "wróżka". Od teraz będę doradcą i przewodnikiem. W żadnym wypadku fałszywym. Przeciwnie,  będę mówić ludziom wszystko szczerze i bez ogródek. W związku z tym pewnie niedługo popracuję.
Po południu wybrałam się na spotkanie z kolejnym kandydatem na kandydata, w nadziei, że i słowo "samotna" zastąpię słowem "zajęta".
Pan major prezentował się wspaniale, wysoki, postawny, elegancki, szarmancki no i brunet niebieskooki. Właściwie od tego powinnam zacząć. Brunet niebieskooki to skończony ideał, nawet gdyby nie był zawodowym żołnierzem, w dodatku oficerem. Od samego początku byłam urzeczona jego szorstkim, żołnierskim tonem, czułam się bardzo bezpiecznie, gdy otaczał mnie swoim męskim ramieniem  oraz gdy oznajmił, że ma plan naszego spotkania.
Z góry zgodziłam się na wszystko. Major zwany Krzysztofem posadził mnie w aucie i pomknęliśmy prosto.... na poligon. Tam przez blisko trzy godziny obserwowałam zmagania szeregowców z przyrodą i korpulentnym kapralem, który potwornie seplenił. Po wyrzuceniu z siebie kilkunastu komend, wycierał oplutą brodę rękawem i brał się pod boki. Potem patrzył na "mojego"majora i niczym wierna psina, czekał na pochwałę.
- Pokażę ci,na czym polega prawidłowe rozeznanie w terenie, a następnie wyznaczenie punktów strategicznych. - Obiecał Krzysztof. O niczym innym nie marzyłam. Na wszelki wypadek założyłam przecież wąską spódnicę i szpilki. - Żołnierze zostali wyposażeni w mapy obrazujące topografię terenu. - Objaśniał mnie Krzysztof. - Ich zadaniem jest wyznaczyć azymut, a następnie w jak najkrótszym czasie pokonać przeszkodę geograficzną, dotrzeć do bazy znajdującej się w wyznaczonym na mapie miejscu i zameldować wykonanie zadania. Potem udamy się do kantyny w celu spożycia grochówki.
Zastęp, który obserwowaliśmy z oddalenia składał się z trzech mężczyzn i jednej kobiety. Wszyscy dźwigali olbrzymie plecaki, na głowy nasadzili sobie hełmy i biegli z bronią w ręku. Ta broń pałętała im się niekiedy między nogami. Dziewczynie hełm ciągle obsuwał się na oczy. Cały teren pokrywało błoto i zdradziecko wystające gdzieniegdzie uschnięte badyle. Nowiuteńkie rajstopy miałam z głowy. Przeszkodą geograficzną okazała się być rzeczka, może nawet rzeczeńka, o średnicy może trzech metrów. Za dużo, żeby z tym całym nabojem przeskoczyć, wystarczająco dużo, żeby przemoczyć nogi. Od razu wysunęłam przypuszczenie, że towarzystwo mogłoby zniknąć szybko pod powierzchnią wody wraz z całym ciężarem, bo woda wyglądała na głęboką. Obejść tę stróżę nie dało się, ciągnęła się w obu kierunkach dość daleko.
Po trwającej ponad pół godziny naradzie wojennej zdecydowano, że ktoś podejmie jako pierwszy próbę przeprawienia się na drugi brzeg, gdy to się powiedzie pójdą następni. Plan był taki: doskoczyć do pagaja, który wystawał z rzeczki, odbić się od niego i wylądować gładko po drugiej stronie. Na ochotnika do pierwszej próby zgłosiła się dziewczyna. Niewiele widząc zza za dużego hełmu ruszyła z rozmachem, odbiła się od brzegu i ucapiła pagaja. Wisiała na nim przez chwilę, po czym pagaj wolno przechylił się w prawo, zanurzając dziewczynę w wodzie, tak, że tylko nos jej wystawał. Wyglądało to tak, jakby miś koala spał w wodzie.
Wszyscy zamarliśmy. po chwili odezwał się jeden z żołnierzy - Mariola, pomóc ci?
Za to grochówka była wyśmienita. Po posiłku Krzysztof zaproponował romantyczny spacer po lesie. Nie cierpię spacerować po lesie, zwłaszcza w butach na obcasach, ale te jego niebieskie oczy... W  lesie się zgubiliśmy. Zrobiło się już zupełnie ciemno, gdy Krzysztof stwierdził, że nie wie, gdzie jesteśmy, telefonu nie zabrał i w ogóle nie wie, w którą stronę iść. Zrobiło się zimno i nieprzyjemnie. Na szczęście polskie lasy to nie dżungla amazońska, więc po pewnym czasie dobrnęliśmy do koszar. To była niezapomniana randka, gdy spojrzałam w lustro zobaczyłam samą siebie do niczego niepodobną. Włosy sterczały mi we wszystkich kierunkach, znad ucha zwisał jakiś zaschnięty liść, spódnica przekręciła się tak, że z przodu dziwacznie sterczał suwak, nogi miałam zorane od góry do dołu, zamiast butów na nogach dwa wielkie gliniane kloce. Natomiast Krzysztof mógłby stanąć do parady wojskowej. Ciekawa jestem czy jeszcze się ze mną umówi?

sobota, 7 marca 2015

Bardzo pracowita sobota

Dziś sporo randkowałam. Zarówno wirtualnie, jak i realnie. Umówiłam się na kawę z niejakim Brunetem. Żadne plenery, wnętrze, bo zimno. Wybrałam lokal położony niedaleko mojego domu, położony strategicznie,  ponieważ po wyjściu z kawiarni mogłam szybko wskoczyć w autobus i odjechać, gdyby zaszła taka potrzeba. Asekuracyjnie, jak zwykle poinformowałam moją sąsiadkę z kim i gdzie się umawiam  i poszłam. Brunet wysłał wcześniej swoje zdjęcie. Z opisu wynikało,że jest wysoki (184 cm wzrostu), dobrze zbudowany (90 kg wagi), jest brunetem i nosi okulary. Wiek: 42 lata. Przyznam, że dość długo zastanawiałam się, jak się ubrać na tę randkę. Elegancko? Raczej nie, bo to przecież nie raut w ambasadzie, na sportowo? też chyba nie, bo pomyśli, że go lekceważę, seksownie? OOO! Wtedy dopiero sobie pomyśli! Byle jak? Odpada! Jak do pracy? Też nie. W końcu zdecydowałam się na niebieską sukienkę, z umiarkowanym dekoldem, długość przed kolano, ale nie za krótka i szpilki. Włosy rozpuszczone, czerwona szminka na zachętę.
Lokal, który wskazałam to maleńka knajpka, z mikroskopijnymi stoliczkami pilnującymi ogromnych kanap. Jest tam miło i przytulnie, ale przestrzeń zdecydowanie mniejsza niż zwykle. Zapomniałam wcześniej zarezerwować odpowiedni stolik.
Chmurzyło się, zabrałam więc parasol. Gdy zbliżałam się do restauracji, mijałam duży, czerwony samochód, zaparkowany tak, że zabarykadował cały chodnik. Byłam zmuszona zejść na ulicę, żeby go wyminąć. Gdy przechodziłam, drzwi od strony kierowcy nagle otworzyły się i uderzyły mnie w bok. Runęłam, jak długa w kałużę przed sobą. Kierowca podbiegł, żeby pomóc mi wstać i na poczekaniu otrzymał cios parasolem w twarz. Nie zamierzyłam się na niego specjalnie, po prostu pochylił się nade mną akurat wtedy, gdy nieszczęsny parasol zaplątał mi się pod pachą. Facet złapał się na nos, a ja dołożyłam mu jeszcze tym parasolem w kolano.
Świadoma, że jestem już spóźniona na spotkanie, w dodatku cała umorusana błotem, machnęłam ręką na poturbowanego kierowcę i ruszyłam w stronę wejścia do kawiarni. On chyba zmierzał w tę samą stronę, bo w drzwiach znów się spotkaliśmy. Mój parasol pierwszy wszedł do środka. Kerner z wewnątrz obserwował dziwaczną scenę, gdy dwoje ludzi szarpie się z drzwiami wejściowymi i zamiast wejść wrzuca do środka parasol.
Gdy wreszcie udało nam się stanąć w  holu restauracji, okazało się,że jest wolny tylko jeden stolik. Popatrzyłam na faceta i powiedziałam: - Mój gość i tak pewnie już na mnie czeka, więc proszę skorzystać.
- Ależ ja też jestem z kimś umówiony, więc oddzielny stolik mi niepotrzebny. - wzruszył ramionami mężczyzna. W tej samej chwili obydwoje, jak na komendę zajrzeliśmy do małej sali. Niedaleko, na kanapie siedziała para zakochanych, którzy czule patrzyli sobie w oczy. Reszta świata dla nich nie istniała. Przemknęła mi przez głowę myśl, że może to jest mój randkowy partner, który nie doczekał się na mnie, a ta dziewczyna czekała na tego kierowcę, też rozczarowana, postanowili nie tracić czasu i zainteresowali się sobą, ale odrzuciłam ją,  ponieważ amant był rudy i bez okularów.
Inni goście odpadali z racji wieku, postury itp. Wtedy przyjrzałam się gościowi dokładniej. - Czy pan ma na imię Karol?
- Tak! To ja.
Być może nie mam dobrej miarki w oku, ale przy Karolu poczułam się strasznie wysoka. Oto stał przede mną chudy, drobny facecik, ogolony na jeża, o twarzy tak przeciętnej i pretensjonalnej, że mógłby grać w reklamach wszystkiego. Z jego wyblakłych oczu biły lęk, przerażenie, determinacja i bezmyślność. Przez następną godzinę stawałam na wyżynach własnej kreatywności, po to by podtrzymać rozmowę, bo Karol odpowiadał zwykle- Niechętnie. albo - No tak, no i co dalej?
Nie umiem powiedzieć, jaki jest. Nijaki, ani miły ani niemiły, ani zabawny ani nudny, przezroczysty, jak powietrze. Dobrnęłam do końca randki i pożegnałam się z nim słowami: - Słuchaj, Karol, jesteś miłym facetem ale trochę zbyt grzecznym, jak dla mnie. Nie jestem odpowiednią kandydatką dla ciebie, powinieneś szukać dalej.
- Raczej niechętnie, ale no tak.
Jutro kolejna randka. Tym razem baaardzo konkretny pan major wojska polskiego. Na razie wracam do komputera, Bracik wysłał mi kolejny link na you tube. Takim językiem rozmawiamy, słowa piosenek lub fragmenty filmów zastępują nam nasze własne wypowiedzi, jest zabawnie.

czwartek, 26 lutego 2015

Prawie randkowy piątek

A z Milutkim to było tak: umówiliśmy się na czwartek, w pobliżu  kolumny Zygmunta na Starym Mieście. Ale kolega Artur  mnie wystawił. W ogóle nie przyszedł. Jak ta głupia kręciłam się przy kolumnie dobre pół godziny, aż straż miejska zaczęła mnie obserwować. Telefonu nie odbierał. Wróciłam do domu zniesmaczona.
Następnego dnia, czyli dziś rano wysłał mi sms, że coś mu wypadło i nie mógł przyjść. Zaproponował drugie podejście. No cóż, zgodziłam się. Przeżyłam powtórkę z rozrywki, Milutki znów się nie pokazał. Tym razem odczekałam tylko parę minut i zatelefonowałam do niego. - Co to za głupie żarty?- zaczęłam bez zbędnych wstępów. A on na to: - ja cię widzę!  - Jak to, mnie widzisz? Gdzie ty do cholery jesteś?!
- Obserwuję cię przez szybę, po drugiej stronie ulicy.
- Oszalałeś?!
- Nie, tylko najpierw chciałem ci się przyjrzeć, bo przecież trzeba być ostrożnym...
Gdy to powiedział, zgłupiałam. Facet, który posturą i fizjonomią  przypomina Władimira Kliczkę, umawia się ze mną w biały dzień, w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc w Warszawie i on boi się podejść. A cóż ja (156 cm wzrostu i 50 kg wagi) mogłabym mu zrobić? Napluć na niego? I to tylko na jego buty, bo do twarzy mi za wysoko.
Naprawdę nie wiedziałam, co począć w takiej sytuacji, więc stałam bezradnie przy tej kolumnie i pozwalałam się obserwować. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Oczywiście Pan Przemek.
- Panie Przemku, nie mogę teraz rozmawiać, proszę zadzwonić później.- poprosiłam szybko, bo przecież w każdej  chwili Artur Milutki mógł zawezwać mnie smsem.
- Nie będę dzwonił później.- szorstko odparł pan Przemek, jak zwykle, z resztą.
- No to  kiedy indziej...
- Co Pani sobie wyobraża! Że ja tak będę wydzwaniał w nieskończoność?! - dziś to było pierwsze połączenie z nim - Nie mam czasu!
- Przykro mi, jestem na randce i naprawdę nie mogę rozmawiać. - starałam się mimo wszystko być grzeczna.
- A po co Pani chodzi na randki? - chciał wiedzieć pan Przemek- Trafi pani na jakiegoś palanta i zacznie narzekać, ze świat jest niesprawiedliwy. Bez sensu!
Nie rozważałam dłużej, czy moja randka ma sens, czy nie, ponieważ Artur odważył się podejść do mnie. Zrobił to dokładnie wtedy, gdy przerwałam dywagacje pana Przemka słowami: - Nie obchodzi mnie, ze pana nie obchodzi z kim się spotykam, do widzenia!.
Artur popatrzył na mnie z lekką dezaprobatą i powiedział, że musi już iść, bo zrobiło się późno...

Melancholijny czwartek

Dzisiejsi klienci w nastroju refleksyjno-depresyjnym. Wszyscy pytają o śmierć. Dopytują się, jakie karty pojawiły się w rozkładzie i czy „wyszła” im Śmierć. Karta, która w istocie rzadko oznacza prawdziwy zgon. Zwykle interpretuje się ją jako przygotowanie miejsca na nadejście nowego, transformację, odnowę, koniec i początek jakiegoś etapu, przeistoczenie, transformację, konieczność wyzbycia się starych przyzwyczajeń. Ewentualnie nieodwracalną stratę czegoś. Na dziś chyba skończę, bo sama popadnę w depresję.
Trochę później
Kolejna seria rozmów. Tym razem klient radził się, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Otóż jest to człowiek na stanowisku dość eksponowanym, wymagającym od niego powagi i dostojeństwa oraz postawy władczej. Taki też jest ten klient w pracy. Poza pracą zamienia się posłusznego niewolnika, gotowego spełnić każde życzenie swojej Pani. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z takimi „upodobaniami”, stąd zauważyłam u siebie pewną trudność w interpretowaniu kart. Zawsze staram się zachować dystans, akceptować każdego takim, jaki jest, ale przecież nie wiem wszystkiego, poza tym pojawiła się we mnie naturalna ciekawość. Klient na szczęście ujawnił więcej szczegółów, dzięki czemu łatwiej mi było przekazywać mu informacje.
Kilka tygodni wcześniej poznał on pewną kobietą, która chętnie i z dużym znawstwem weszła w rolę Dominy. Nie chodziło jednak o seks, ale ten rodzaj dominacji, gdzie brak równości u partnerów wywołuje ogromne podniecenie. Pani była jednak na tyle pragmatyczna, że „swojego niewolnika” wykorzystywała bardzo produktywnie. Kazała mu na przykład myć okna u siebie w domu, szorować podłogi, obierać ziemniaki itp. Wszystko oczywiście na golasa (szkoda, ze nie zapytałam, na którym piętrze ma mieszkanie). Pan, ubrany wyłącznie w kolczatkę na szyi posłusznie wykonywał wszystkie polecenia. W nagrodę Pani przypinała go do smyczy, a smycz do kaloryfera. Pan siedział pod tym kaloryferem przez jakiś czas, potem był odpinany, seans się kończył i pan wracał do domu.
Przykra przygoda wydarzyła się kilka dni temu. Pani Domina zaprosiła na wieczór kilkoro przyjaciół. Przed spotkaniem postanowiła zrelaksować się w wiadomy sposób, zyskując przy okazji darmową siłę roboczą, która posprzątała mieszkanie. W nagrodę pan zasiadł przy kaloryferze. Pani udała się do fryzjera. U fryzjera była kolejka. Czas płynął. Goście pojawili się pod domem Dominy. Gdy jej nie zastali, zatelefonowali do niej. Ona, bez zastanowienia podała kod dostępu otwierający drzwi do budynku i poinformowała, że mieszkanie jest otwarte, bo jej znajomy tam na nią czeka. Zapomniała jednak, że pozostawiła swojego niewolnika goluteńkiego,  skutego kajdankami i przywiązanego do kaloryfera. Znajomi więc weszli do środka i oniemieli. W pierwszej chwili nasunęło się podejrzenie, że w domu pojawili się włamywacze, którzy obezwładnili owego pana, jednakże nieznośna myśl, że zginęło tylko jego ubranie,  wszystkim  natrętnie pchała się na myśl. Zanim Domina wróciła, pojawiła się policja, wezwana przez gości. Pan zdobiący kaloryfer siedział, przykryty kocem. Gdy stróże prawa stanęli w drzwiach i zobaczyli nietknięte mieszkanie i nagusieńkiego mężczyznę, osłupieli. Podejrzenie, ze padli ofiarą głupiego żartu wypłynęło natychmiast po tym, gdy do domu wpadła Domina, wyjęła z torebki kluczyk od kajdanek i uwolniła nieszczęśnika. Wszyscy taktownie udawali, że nie rozpoznają prominenta z pierwszych stron gazet.
Klient opowiedział mi tę historię, a ja zaczęłam zastanawiać się, o co chce zapytać karty. A on zapytał: proszę mi powiedzieć, czy ja jestem skończony? Bo jeśli prasa się o tym dowie…. No cóż, karty stwierdziły, że pan na całej tej przygodzie zyska. Nieprawdopodobne! Bujdy! – krzyknął pan do słuchawki i rozłączył się.
Dwie godziny później
Klient-niewolnik zadzwonił i przeprosił mnie. Otóż z wiadomych względów przenoszą go na inne stanowisko, mniej eksponowane ale za to lepiej płatne. W dodatku w jego resorcie znalazła się inna Domina…

środa, 25 lutego 2015

Miła środa

Od jakiegoś czasu telefonuje do mnie pewien klient, któremu wcale nie zależy na wróżeniu, od po prostu chce porozmawiać. Ma na imię Przemek. Około trzydziestki. Życie zdążyło go już doświadczyć, jest pełen rozżalenia i pretensji do świata. Rozmowy z nim są trudne, ponieważ wylewa na mnie wszystkie swoje żale. Nie lubię go, ale z drugiej strony współczuję mu. I nie chodzi tu wcale o pieniądze. Rozmowy prowadzone za pośrednictwem portali ezoterycznych są kosztowne, ale doradcy wcale dużo nie zarabiają. A jeśli wziąć pod uwagę, ile muszą się czasem nasłuchać…
Przemek dzwoni często, czasem nawet kilka razy dziennie. Długie rozmowy są wyczerpujące. Poza tym on nie słucha, on stale coś mówi.
W przerwach między rozmowami z klientami zaglądam na portal randkowy. Przyzwyczaiłam się już do otrzymywania kilkunastu informacji dziennie. Mój profil odwiedza dużo osób, co bardzo mnie podniosło na duchu. Czuję się, jakbym była w dużej korporacji albo na przyjęciu obliczonym na setkę osób. Sama też przeglądam profile innych osób, zwykle mężczyzn. Kobiece profile są bardzo do siebie podobne. Kobiety  zwykle przedstawiają się dwojako: albo jako wampirzyce, gotowe schrupać na śniadanie każdego, kto bodaj zahaczy o ich profil i na kopciuszki, które z góry zakładają, że nikomu nie spodobają się ani jako kobiety ani jako osoby. Tekst, w którym co drugie słowo przewija się: „szukam wrażliwego ale władczego, spokojnego ale z ikrą, spontanicznego ale zaradnego, młodego ale z dużym doświadczeniem życiowym” itd. na mnie działa zawsze odstraszająco. Ale może mężczyźni uważają inaczej.
Ciekawe, do której kategorii mnie zaliczają.
Korespondencja z Żeglarzem Bracikiem trwa. Zabawne, bo żadne z nas nie zapytało dotąd o prawdziwe imię, zajęcie itp. Rozmawiamy o wszystkim, ale nie o tym. Ale wcale mi to nie przeszkadza.
Milutki, czyli Artur, lat 29 napisał mi, że korzysta z portalu randkowego już od dwóch lat. Gdy zapytałam dlaczego tak długo, czy nie znalazł przez ten czas odpowiedniej kandydatki, odpisał, ze owszem, znalazł, nawet dwie, ale jedna go okradła, a druga była mężatką.
Milutki Artur zaproponował spotkanie. Jutro, po południu w kawiarni. Zgodziłam się. Moja pierwsza portalowa randka. Ciekawa jestem, jaki jest naprawdę, na zdjęciu prezentuje się bardzo ciekawie.
Adaś nie odezwał się więcej. Chyba mu się nie spodobałam.

niedziela, 15 lutego 2015

Poniedziałek na portalu

Odwiedzających już jest 64. Słoneczek równiutki tuzin. Napisałam do niejakiego Adasia425 i Milutkiego 11. Adaś od razu zapytał o zdjęcie, co mi się nie spodobało. Sprawdziłam go, ekstrawertyk, choleryk, wyrachowany, nastawiony na podboje miłosne, niestały w uczuciach. Oczywiście natychmiast mi się spodobał. Prowadzimy bardzo intensywną korespondencję. Na kolejne pytania o zdjęcie odpisałam mu, że żadna fotografia nie oddaje mojego piękna i uroku osobistego, jedynie portret namalowany przez artystę. Chyba go mocno zaskoczyłam, bo podał mi swój adres domowy. No i włożyłam w kopertę portret, który namalowała w przedszkolu moja córka i wyślę mu jutro. Na tym portrecie mam wprawdzie troje oczu i dwa podbródki, ale moja żywiołowość została uchwycona po mistrzowsku.
Milutki 11 jest naprawdę milutki. Zaczął od komplementów w stylu: jesteś niesamowita, bardzo piękna, nieziemsko zgrabna, inteligentna, zaradna, przebojowa, pasujemy do siebie energetycznie. Do takich wniosków doszedł, gdy na jego pytanie: Hej, poznamy się? Odpisałam: - Czemu nie? Jak masz na imię?
Ogólnie jestem podekscytowana i towarzyszy mi miły nastrój. Aż klienci zauważyli, że mój głos jest inny, a słowa płyną swobodniej. Wszystkim dziś radziłam, aby byli bardziej otwarci, odważni, chętniej podejmowali wyzwania. Współpracowałam z kartami, które niekiedy wręcz grzmiały; -  Ludzie! Nie bójcie się ryzykować! Świat stoi przed wami otworem! Przy niektórych Świat stał dosłownie. Karta Świat.
Odpowiedziałam dziś na zachętkę mężczyzny, który nazwa się Bracik. Zaintrygował mnie, jego profil też jest ciekawy. Karty mówią, że to człowiek nietuzinkowy. Zobaczymy, zobaczymy… Nie zadał mi standardowego pytania - Co u Ciebie? albo Dlaczego nazywasz się Syrenka? albo Czy jesteś Syrenką Warszawską? Tylko po słowie cześć umieścił link do piosenki grupy Avolnation "Sail". I tak rozpoczęła się niezwykła historia Syrenki i Żeglarza...

Niedziela cd.

Nie wytrzymałam. Zalogowałam się na protalu. Przygotowywałam samą siebie na rozczarowanie, w końcu to dopiero początek, powtarzałam sobie w myślach. Niepotrzebnie! Mój profil odwiedziło 16 osób, od trzech otrzymałam słoneczka, i dwa zapytania wstępne. Nastrój od razu mi się poprawił. Chyba odpowiem na te zapytania? I podziękuję za słoneczka.
Czuję się wspaniale. Nie wiem, dlaczego, ale od razu pojawił się u mnie optymizm pomieszany z energią twórczą. Tylko dlatego, że mój profil został tak szybko zauważony! Nadzieja, którą często ja sama zaszczepiam moim klientom stała się teraz moim udziałem. Ośmieliłam się nawet poserfować po portalu, tym razem w charakterze poszukiwaczki, wysłałam również kilka słoneczek do osób, które mnie zainteresowały. Tak bym chciała przyśpieszyć czas... a może zerknę w karty... szkoda, ze nie dysponuję szklaną kulą. Ale na dziś koniec z randkowaniem. Powinnam napisać  felieton dla portalu ezoterycznego. Może coś o ludzkim przeznaczeniu?

sobota, 14 lutego 2015

Randkowa sobota

Mała Syrenka . Taki mam nick na portalu. Nic absolutnie nie znaczy. Po prostu było to pierwsze słowo które przyszło mi do głowy i było niezajęte przez kogoś. Ciekawe, że Istnieje na portalu aż 414 syrenek i żadna nie jest mała. Karty wieszczą ogromny sukces, a ja mimo to jestem bardzo sceptyczna. Opisałam siebie, ale bez przesady, nie podobały mi się profile, na których ludzie powypisywali swoje życiorysy albo litanię oczekiwań. Nie umieściłam zdjęcia. Trudno, nie będę ryzykować. W końcu ten Ktoś powinien zainteresować się mną dla mnie samej a nie ze względu na mój wygląd. Nie proponuję przecież samego ciała. Chociaż ja, oczywiście, w pierwszej kolejności przeglądałam profile osób, które zamieściły zdjęcie.

piątek, 13 lutego 2015

Miłosna sobota

„ Nie bój się, nie wstydź się, mówić, że kochasz, nie milcz, bo miłość znów Cię ominie (…), będziesz wołał, nie usłyszy, zniknie w tłumie” powiadają słowa piosenki (P. Rubik, Nie bój się, nie wstydź się, 2009)
Miłość jest emocją o najsilniejszej wartości energetycznej. Wyzwala najmocniejsze wibracje i jest niewyczerpywalnym źródłem potencjału energetycznego każdego z nas. Wyposaża nas w siłę, która nie daje się pokonać, pomaga znieść wszystko, czego doświadczamy, dodaje blasku, witalności, ma moc uzdrawiania.  Szkoda, że tak rzadko sięgamy po ten nadzwyczajny lek.

Pracowity czwartek

Wyjątkowo pracowity dzień. Aż upewniałam się, czy to czwartek. Kilka interesujących osób zatelefonowało. Między innymi kobieta, która pytała o  poprzednie wcielenia. Prześledzenie ścieżki jej życia dało na koniec odpowiedź, dlaczego doświadcza lęków, upokorzeń i strat. Bardzo ciekawa osoba i bardzo ciekawa rozmowa. Sama zaczęłam zastanawiać się nad swoimi przeżyciami.
Później był telefon od pana, który bardzo troszczy się o swoją córkę. Pokłócili się ponad dwa lata temu, od tamtej pory nie rozmawiali, teraz doszły go słuchy, że dziewczyna znalazła się w poważnych tarapatach. Niestety, karty to potwierdziły. Od mieczy aż się roiło. Rozpoczęły Czwórką, potem było już tylko gorzej. Na dodatek Wisielec, Wieża i Księżyc. Ileż ta dziewczyna musiała zaniedbać w swoim życiu, że dostaje aż taką lekcję. A może właśnie po to ją dostaje, żeby zrozumieć co jest naprawdę ważne. Optymizmem powiało, gdy wyłożyłam kartę Śmierć. Powrót do domu, koniec, zamknięcie. Poruszyła mnie ta rozmowa.
Na koniec skarga młodej dziewczyny, że chłopak ją rzucił. Karty pokazały go już jako Króla Mieczy, ale ona wciąż lamentuje. I nie dociera do niej, że Rycerz Buław, który przy niej stoi reprezentuje kogoś, kogo ona potrzebuje i szuka. On już jest, stoi przy niej, a ona go nie widzi, nie słyszy. Jakże trudno czasem dotrzeć do ludzi. A przecież dzwonią po nadzieję, podpowiedź. Potem to lekceważą, bo nie tego się spodziewali. Wiele razy zastanawiałam się, czy nie zacząć mówić ludziom wyłącznie to, co chcą usłyszeć, przecież mam „podgląd”. Ale zawsze powstrzymywało mnie przed takim działaniem pytanie, brzmiące gdzieś z tyłu głowy: „Jak długo wytrzymałabyś mówiąc ludziom same kłamstwa?”
W takie czwartki jak ten, czasem mam ochotę zagłuszyć ten głos.

Wyścigowa sobota

Ha ha! Dziś typowałam konie na wyścigi! Czułam presję, bo pan telefonował do mnie prosto z toru. Wyobraziłam sobie, ze stoi przy kasie z telefonem przy uchu i konsultuje na głos, na co postawić. Inni gracze są przekonani, że po drugiej stronie jest jakiś światowej klasy ekspert od wałachów a nie zwykła wróżka pospolita.
Dostałam wypieków na twarzy ,nie nadążałam z rozkładaniem kart, konie już biegły, koniec zakładów, słyszałam głos w słuchawce. Udało się z pięciu wytypowanych przeze mnie koni cztery przyszły pierwsze, jeden drugi. Mój klient był wygrany. Poprosił mnie o numer konta, chciał podzielić się zyskiem.

wtorek, 10 lutego 2015

Kolejna środa

Unikam odpowiedzi na pytanie, kiedy umrę. Co jakiś czas zdarza się ktoś, kto koniecznie chce to wiedzieć. Karty nigdy nie udzielają takich odpowiedzi, a nawet gdyby udzielały, to i tak odpowiedziałabym jak zwykle: wtedy, gdy przyjdzie pora.
Zdarzają się klienci, których nie lubię. Wciąż pytają o to samo, jakby ich przyszłość była zaprogramowana i dzięki mnie i moim kartom mogli sobie za niecałe 5 złotych za minutę „podpatrzeć”, co będzie dalej. No i cóż. Nie pojawiam się na wizji, ale przyklejam uśmiech do twarzy wzorem prezenterek telewizyjnych i jak katarynka powtarzam te same komunikaty. Dlaczego niektórzy nie potrafią zrozumieć, że przyszłość leży w ich własnych rękach, a karty przekazują informacje na temat ich samych, innych ludzi oraz prognozują, co się wydarzy, bazując na bieżących zamiarach, potrzebach, myślach. Skoro sam Bóg zrezygnował z  mocy władania nad człowiekiem, to karty lub wróżbici mogliby taką moc posiąść?

piątek, 6 lutego 2015

Zabawny wtorek

Usłyszałam dziś przez telefon zabawną historię. Rzecz dzieje się w autobusie. Autobus, jak autobus nic nadzwyczajnego, późne, październikowe popołudnie. Na siedzeniu w pobliżu kasownika śpi mężczyzna około pięćdziesiątki, ubrany przeciętnie, spodnie, kurtka. Pasażerowie nie interesują się sobą, autobus jedzie. Na kolejnym przystanku wsiada młoda dziewczyna, w ręku trzyma bilet, który przepuszcza przez kasownik. Manewry przy kasowniku utrudnia jej koronkowa, czarna rękawiczka. Dziewczyna zdejmuje więc rękawiczkę, w tej samej chwili autobus podskakuje na wybojach. Dziewczyna traci równowagę, gdy znów opiera się o kasownik stwierdza, że upuściła rękawiczkę. Okazuje się, ze ta spadła na uda śpiącego na siedzeniu mężczyzny. Sytuacja jest niezręczna. Mężczyzna śpi, rękawiczka leży w miejscu dość newralgicznym, w dodatku pan ma rozpięty rozporek. Dziewczyna patrzy bezradnie na czarny zwitek. Obserwuje to pasażer siedzący obok śpiocha. Chcąc pomoc dziewczynie, trąca sąsiada, a gdy ten otwiera oczy, mówi krótko: rozporek. Obudzony zerka w dół, po czym bezrefleksyjnie wpycha rękawiczkę w spodnie i zasuwa rozporek. Następnie zasnął. Historia iście hollywoodzka, ale bardziej zaskoczyło mnie pytanie klientki, a mianowicie, czy ten mężczyzna rozwiedzie się, ponieważ żona zarzuci mu zdradę?
No cóż, sama byłam ciekawa. Karty odpowiedziały, ze żona owszem zrobi mu awanturę, ale nie to będzie puentą tej historii. Ów mężczyzna, pracoholik i wół roboczy, pracujący na kilku etatach, by zaspokoić potrzeby swojej roszczeniowej rodziny (na własne nie ma czasu), zacznie rozmyślać, jak to możliwe, że miał przygodę, o której nie pamięta. Jak to w ogóle jest możliwe, że miał przygodę? Zacznie rozmyśleć, jak mogła wyglądać owa przygoda? Czy była brunetką czy blondynką? To rozmyślanie zmieni jego podejście do życia, a pora najwyższa, bo przy takim trybie groził mu zawał.

środa, 4 lutego 2015

Sobota

No i było zaskakujące wydarzenie! Te moje karty mają poczucie humoru, nie ma co! Wybrałyśmy się razem, Roksana i ja. Założyłam sukienkę i szpilki, w końcu bal to bal. Roksana również. No i byłyśmy jedynymi kobietami w szpilkach, kilka sukienek się trafiło. Konwencja „balu” polegała na przymusowym odbyciu kilkudziesięciu dwuminutowych rund pytań i odpowiedzi z partnerami, którzy zmieniali się, jak w kalejdoskopie. Panów przyszło znacznie więcej niż pań, stąd te dwie minuty. Podobno zwykle jest odwrotnie. Posadzili nas na kanapach typu czarna dziura, w którą człowiek wpada, sam nie wie kiedy, potem trudno się stamtąd wydostać, broda dotyka do piersi, można obserwować własne kolana, koszmar. Zawsze siadam na brzeżku takiej kanapy i mam wrażenie, że wygląda to tak, jakbym siedziała na sedesie.
Każdy trzymał w ręku ankietę wielkości namiotu, z setką pytań i rubryk, w które należało wpisywać komentarz na temat kolejnych adwersarzy. Jak to zrobić w dwie minuty, wliczając w to rozmowę, nie powiedziano nam. Szybko zignorowałam ankietę, co spotkało się z ostrą reprymendą ze strony organizatorów. Ratowało mnie chyba tylko to, że jestem kobietą i to kobietą w sukience.
Kolejni mężczyźni, z którymi rozmawiałam, jakże różni pod względem wyglądu, wieku, wykształcenia i zainteresowań, prezentowali jedną wspólną cechę: brak pewności siebie. Urodziła się we mnie refleksja: czy ja też tak jestem odbierana? Jako mało pewna siebie? Czy też chcę ukryć zakłopotanie pod pozorem rozluźnienia, żartów, hałaśliwej wesołości?
Zirytowało mnie, gdy minęły dwie minuty, a ja chciałam kontynuować rozmowę z pewnym chłopakiem. Był dużo młodszy ode mnie, ale odnalazłam w nim coś intrygującego, mądrego. -  Siedź, jeszcze nie skończyliśmy rozmowy! Niech inni się przesiadają!- powiedziałam głośno. On się zawahał, ale spodobała mu się moja stanowczość. Niestety ta niesubordynacja kosztowała mnie upomnieniem, że jeśli jeszcze raz naruszę zasady….
Potem była część taneczna. Na moje nieszczęście ja umiem tańczyć, większość z obecnych panów nie umiała. Najpierw podpierali ściany, jak w podstawówce, co mnie od razu odmłodziło, a potem nieznośnie deptali po palcach. Za karę nie mogłam tańczyć z tym chłopakiem od rozmów. Organizator złośliwie chyba sparował mnie najpierw w dwumetrowym koszykarzem, któremu sięgałam do pachy, potem z dwustukilowym sześcianem, który zmiażdżył mi palce u nóg, wreszcie z jakimś strasznie nerwowym typem, który ciskał mną na wszystkie strony, prawie wyłamując mi ręce ze stawów. Moja koleżanka, która grzecznie rozmawiała w przepisowym czasie, „dostała” miłego pana w zbliżonym wieku, który spokojnie sunął po parkiecie.
Uwieńczeniem wieczoru był taniec z pewnym brunetem w fioletowej koszuli, który – o zgrozo!- rozpoznał we mnie wróżkę. Okazało się, że telefonował kilka razy. Że też ja na tym profilowym zdjęciu nie doczepiłam sobie wąsów i brody!
Fioletowy amant uznał od razu, że ów bal dla singli to doskonała okazja do bardziej wnikliwego wróżenia i zaczął zadawać mi pytania. Był tak zaaferowany, że poznał mnie osobiście, że nawet nie zauważył. że nie ma przy sobie kart, a nawet gdybym miała, to jakim cudem mogłabym jednocześnie tańczyć i je rozkładać. Muzyka głośno grała, on jeszcze głośniej wrzeszczał, po chwili ustawiła się już kolejka chętnych do wróżenia. Z butów chyba! No i wyrzucili mnie na zbity pysk z balu dla singli!

wtorek, 3 lutego 2015

Czwartek

Ok, pierwszy krok jest najtrudniejszy. Potem będzie już tylko łatwiej. Moja sąsiadka, która też jest samotna zasugerowała „pojawienie się” na balu dla singli. Nie mam zielonego pojęcia, jak to wygląda. Karty oceniły pomysł, jako korzystny, bo wydarzy się coś zaskakującego. Uwielbiam takie odpowiedzi. Jak mam to rozumieć. Gdy rozmawiam z klientami, to są bardziej precyzyjne, dokładne. Mnie obdarzają takimi beznadziejnymi ogólnikami. Albo mnie nie lubią albo uważają, że nie przynosi się pracy do domu. Może powinnam zaopatrzyć się w inne karty, takie do prywatnego użytku? Ale czy wtedy te, z którymi pracuję nie pogniewałyby się? Może byłoby im przykro….  Muszę koniecznie zacząć wychodzić do żywych ludzi, bo za chwilę umówię się na randkę z rycerzem kielichów!

poniedziałek, 2 lutego 2015

Środa

Tę datę muszę sobie zapisać złotą czcionką. To początek eksperymentu. Tak to nazywam, bo nie mam odwagi przyznać, że od dziś zacznę mierzyć się z własnymi słabościami. Aż wstyd przyznać, od jak dawna karty radziły mi, abym poszła w tym kierunku. Ale wiadomo, szewc bez butów chodzi.
Zatem postanowiłam, że nie będę już dłużej samotna. Postawiłam sobie karty, jedne, drugie, trzecie. Wszystkie jak mantrę powtórzyły to samo: działaj! Nie czekaj! Miłość przejdzie i zniknie w tłumie! Nie zdążysz jej dogonić!
Jak długo jestem sama? Kilka lat, bo te kilka przelotnych znajomości przecież się nie liczy. I pomyśleć, że swoich klientów zachęcam nieustannie do poszukiwań, doświadczania.
Od czego zacząć? Przecież nie pójdę sama do klubu, nie usiądę w pubie przy barze albo  nie zacznę rozglądać się na ulicy za potencjalnym kandydatem na ukochanego. Karty kazały mi działać. Dobre sobie, ale jak? Gdzie?

Wtorek

Dziś zamykałam i otwierałam firmy. Jakby się umówili. Co drugie pytanie dotyczyło prywatnego biznesu. Ciekawe, że ci, którym karty odradzały podjęcie działalności ze względu na brak funduszy i brak widoków na fundusze w najbliższym czasie, kwitowali rozmowę stwierdzeniem: „ Skoro nie mam nic to co mogę stracić? Wchodzę w to! Dzięki za dodanie energii!”, zaś osoby, które posiadały pieniądze, o czym z resztą otwarcie mówili, wahali się, pomimo, że karty nie dostrzegały żadnych zagrożeń. Oj czwórka denarów mogłaby się wziąć pod rękę z czwórką kielichów i pojawiać we śnie każdego z tych niezdecydowanych klientów jako koszmar nocny.

niedziela, 1 lutego 2015

Poniedziałek

Poniedziałek, jak zwykle jest bardzo pracowity. Sama nie wiem, dlaczego, ale najwięcej telefonów odbieram właśnie w poniedziałki. Następnie we wtorki i środy. Potem tempo pracy zwalnia, wyraźnie wyhamowuje w czwartek i piątek przed południem, żeby znowu przyśpieszyć w sobotę i niedzielę.
Może zacznę prowadzić jakieś statystyki? Na przykład: w poniedziałki zapytania o miłość – (po weekendowych randkach), we wtorki zapytania o pracę i biznes – (po poniedziałkowym rozmarzeniu warto wreszcie wziąć się do pracy), w środę zapytania różne (środek tygodnia!), w czwartek pomysły na pytania się kończą, w piątek rozwiewamy wątpliwości z gatunku czy on/ona mnie kocha? , w sobotę zapytania o zdradę a w niedzielę o zdrowie.
Dziś zatelefonował do mnie jeden z moich stałych klientów, zaczynam go przyporządkowywać do dni z czwórką w tle, dziś jest czwarty, często dzwoni w czwartki albo co cztery dni. Ta czwórka do niego pasuje. Liczba ziemskiej rzeczywistości (ogień, powietrze, ziemia i woda), cztery strony świata, cztery żywioły, cztery kąty, symbol drzwi. Choć on sam jest numerologiczną dwójką. Ale dwa i dwa  to przecież cztery.
Zwierzył mi się ze swojej najnowszej rozterki, a mianowicie czy znosić cierpliwie kolejne upokorzenia serwowane mu przez kobietę, w której zakochał się bez pamięci, czy wreszcie zdobyć się na odwagę i powiedzieć jej, że jest u kresu wytrzymałości psychicznej i staje już coraz bliżej decyzji o rozstaniu. Karty nieustannie grzmią, że jego postawa jest niewłaściwa, zakłada brak szacunku do siebie, brak miłości własnej, trwonienie daru godności otrzymanego od Stwórcy. Staram się zawsze złagodzić ten przekaz. Słownik języka polskiego na dobre zagościł na moim biurku, stałam się prawdziwą mistrzynią w wynajdywaniu kolejnych eufemizmów.
Martwi mnie jednak coś innego. Skoro on do mnie dzwoni, aby podzielić się swoimi problemami, nie chodzi tu tylko o podpowiedź kart, ale o szczerą rozmowę, to jaką rolę pełnią jego przyjaciele, o których tak wiele mi opowiada?