No i było zaskakujące wydarzenie! Te moje karty mają poczucie humoru, nie ma co! Wybrałyśmy się razem, Roksana i ja. Założyłam sukienkę i szpilki, w końcu bal to bal. Roksana również. No i byłyśmy jedynymi kobietami w szpilkach, kilka sukienek się trafiło. Konwencja „balu” polegała na przymusowym odbyciu kilkudziesięciu dwuminutowych rund pytań i odpowiedzi z partnerami, którzy zmieniali się, jak w kalejdoskopie. Panów przyszło znacznie więcej niż pań, stąd te dwie minuty. Podobno zwykle jest odwrotnie. Posadzili nas na kanapach typu czarna dziura, w którą człowiek wpada, sam nie wie kiedy, potem trudno się stamtąd wydostać, broda dotyka do piersi, można obserwować własne kolana, koszmar. Zawsze siadam na brzeżku takiej kanapy i mam wrażenie, że wygląda to tak, jakbym siedziała na sedesie.
Każdy trzymał w ręku ankietę wielkości namiotu, z setką pytań i rubryk, w które należało wpisywać komentarz na temat kolejnych adwersarzy. Jak to zrobić w dwie minuty, wliczając w to rozmowę, nie powiedziano nam. Szybko zignorowałam ankietę, co spotkało się z ostrą reprymendą ze strony organizatorów. Ratowało mnie chyba tylko to, że jestem kobietą i to kobietą w sukience.
Kolejni mężczyźni, z którymi rozmawiałam, jakże różni pod względem wyglądu, wieku, wykształcenia i zainteresowań, prezentowali jedną wspólną cechę: brak pewności siebie. Urodziła się we mnie refleksja: czy ja też tak jestem odbierana? Jako mało pewna siebie? Czy też chcę ukryć zakłopotanie pod pozorem rozluźnienia, żartów, hałaśliwej wesołości?
Zirytowało mnie, gdy minęły dwie minuty, a ja chciałam kontynuować rozmowę z pewnym chłopakiem. Był dużo młodszy ode mnie, ale odnalazłam w nim coś intrygującego, mądrego. - Siedź, jeszcze nie skończyliśmy rozmowy! Niech inni się przesiadają!- powiedziałam głośno. On się zawahał, ale spodobała mu się moja stanowczość. Niestety ta niesubordynacja kosztowała mnie upomnieniem, że jeśli jeszcze raz naruszę zasady….
Potem była część taneczna. Na moje nieszczęście ja umiem tańczyć, większość z obecnych panów nie umiała. Najpierw podpierali ściany, jak w podstawówce, co mnie od razu odmłodziło, a potem nieznośnie deptali po palcach. Za karę nie mogłam tańczyć z tym chłopakiem od rozmów. Organizator złośliwie chyba sparował mnie najpierw w dwumetrowym koszykarzem, któremu sięgałam do pachy, potem z dwustukilowym sześcianem, który zmiażdżył mi palce u nóg, wreszcie z jakimś strasznie nerwowym typem, który ciskał mną na wszystkie strony, prawie wyłamując mi ręce ze stawów. Moja koleżanka, która grzecznie rozmawiała w przepisowym czasie, „dostała” miłego pana w zbliżonym wieku, który spokojnie sunął po parkiecie.
Uwieńczeniem wieczoru był taniec z pewnym brunetem w fioletowej koszuli, który – o zgrozo!- rozpoznał we mnie wróżkę. Okazało się, że telefonował kilka razy. Że też ja na tym profilowym zdjęciu nie doczepiłam sobie wąsów i brody!
Fioletowy amant uznał od razu, że ów bal dla singli to doskonała okazja do bardziej wnikliwego wróżenia i zaczął zadawać mi pytania. Był tak zaaferowany, że poznał mnie osobiście, że nawet nie zauważył. że nie ma przy sobie kart, a nawet gdybym miała, to jakim cudem mogłabym jednocześnie tańczyć i je rozkładać. Muzyka głośno grała, on jeszcze głośniej wrzeszczał, po chwili ustawiła się już kolejka chętnych do wróżenia. Z butów chyba! No i wyrzucili mnie na zbity pysk z balu dla singli!
Fioletowy amant uznał od razu, że ów bal dla singli to doskonała okazja do bardziej wnikliwego wróżenia i zaczął zadawać mi pytania. Był tak zaaferowany, że poznał mnie osobiście, że nawet nie zauważył. że nie ma przy sobie kart, a nawet gdybym miała, to jakim cudem mogłabym jednocześnie tańczyć i je rozkładać. Muzyka głośno grała, on jeszcze głośniej wrzeszczał, po chwili ustawiła się już kolejka chętnych do wróżenia. Z butów chyba! No i wyrzucili mnie na zbity pysk z balu dla singli!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz