czwartek, 26 lutego 2015

Prawie randkowy piątek

A z Milutkim to było tak: umówiliśmy się na czwartek, w pobliżu  kolumny Zygmunta na Starym Mieście. Ale kolega Artur  mnie wystawił. W ogóle nie przyszedł. Jak ta głupia kręciłam się przy kolumnie dobre pół godziny, aż straż miejska zaczęła mnie obserwować. Telefonu nie odbierał. Wróciłam do domu zniesmaczona.
Następnego dnia, czyli dziś rano wysłał mi sms, że coś mu wypadło i nie mógł przyjść. Zaproponował drugie podejście. No cóż, zgodziłam się. Przeżyłam powtórkę z rozrywki, Milutki znów się nie pokazał. Tym razem odczekałam tylko parę minut i zatelefonowałam do niego. - Co to za głupie żarty?- zaczęłam bez zbędnych wstępów. A on na to: - ja cię widzę!  - Jak to, mnie widzisz? Gdzie ty do cholery jesteś?!
- Obserwuję cię przez szybę, po drugiej stronie ulicy.
- Oszalałeś?!
- Nie, tylko najpierw chciałem ci się przyjrzeć, bo przecież trzeba być ostrożnym...
Gdy to powiedział, zgłupiałam. Facet, który posturą i fizjonomią  przypomina Władimira Kliczkę, umawia się ze mną w biały dzień, w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc w Warszawie i on boi się podejść. A cóż ja (156 cm wzrostu i 50 kg wagi) mogłabym mu zrobić? Napluć na niego? I to tylko na jego buty, bo do twarzy mi za wysoko.
Naprawdę nie wiedziałam, co począć w takiej sytuacji, więc stałam bezradnie przy tej kolumnie i pozwalałam się obserwować. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Oczywiście Pan Przemek.
- Panie Przemku, nie mogę teraz rozmawiać, proszę zadzwonić później.- poprosiłam szybko, bo przecież w każdej  chwili Artur Milutki mógł zawezwać mnie smsem.
- Nie będę dzwonił później.- szorstko odparł pan Przemek, jak zwykle, z resztą.
- No to  kiedy indziej...
- Co Pani sobie wyobraża! Że ja tak będę wydzwaniał w nieskończoność?! - dziś to było pierwsze połączenie z nim - Nie mam czasu!
- Przykro mi, jestem na randce i naprawdę nie mogę rozmawiać. - starałam się mimo wszystko być grzeczna.
- A po co Pani chodzi na randki? - chciał wiedzieć pan Przemek- Trafi pani na jakiegoś palanta i zacznie narzekać, ze świat jest niesprawiedliwy. Bez sensu!
Nie rozważałam dłużej, czy moja randka ma sens, czy nie, ponieważ Artur odważył się podejść do mnie. Zrobił to dokładnie wtedy, gdy przerwałam dywagacje pana Przemka słowami: - Nie obchodzi mnie, ze pana nie obchodzi z kim się spotykam, do widzenia!.
Artur popatrzył na mnie z lekką dezaprobatą i powiedział, że musi już iść, bo zrobiło się późno...

Melancholijny czwartek

Dzisiejsi klienci w nastroju refleksyjno-depresyjnym. Wszyscy pytają o śmierć. Dopytują się, jakie karty pojawiły się w rozkładzie i czy „wyszła” im Śmierć. Karta, która w istocie rzadko oznacza prawdziwy zgon. Zwykle interpretuje się ją jako przygotowanie miejsca na nadejście nowego, transformację, odnowę, koniec i początek jakiegoś etapu, przeistoczenie, transformację, konieczność wyzbycia się starych przyzwyczajeń. Ewentualnie nieodwracalną stratę czegoś. Na dziś chyba skończę, bo sama popadnę w depresję.
Trochę później
Kolejna seria rozmów. Tym razem klient radził się, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Otóż jest to człowiek na stanowisku dość eksponowanym, wymagającym od niego powagi i dostojeństwa oraz postawy władczej. Taki też jest ten klient w pracy. Poza pracą zamienia się posłusznego niewolnika, gotowego spełnić każde życzenie swojej Pani. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z takimi „upodobaniami”, stąd zauważyłam u siebie pewną trudność w interpretowaniu kart. Zawsze staram się zachować dystans, akceptować każdego takim, jaki jest, ale przecież nie wiem wszystkiego, poza tym pojawiła się we mnie naturalna ciekawość. Klient na szczęście ujawnił więcej szczegółów, dzięki czemu łatwiej mi było przekazywać mu informacje.
Kilka tygodni wcześniej poznał on pewną kobietą, która chętnie i z dużym znawstwem weszła w rolę Dominy. Nie chodziło jednak o seks, ale ten rodzaj dominacji, gdzie brak równości u partnerów wywołuje ogromne podniecenie. Pani była jednak na tyle pragmatyczna, że „swojego niewolnika” wykorzystywała bardzo produktywnie. Kazała mu na przykład myć okna u siebie w domu, szorować podłogi, obierać ziemniaki itp. Wszystko oczywiście na golasa (szkoda, ze nie zapytałam, na którym piętrze ma mieszkanie). Pan, ubrany wyłącznie w kolczatkę na szyi posłusznie wykonywał wszystkie polecenia. W nagrodę Pani przypinała go do smyczy, a smycz do kaloryfera. Pan siedział pod tym kaloryferem przez jakiś czas, potem był odpinany, seans się kończył i pan wracał do domu.
Przykra przygoda wydarzyła się kilka dni temu. Pani Domina zaprosiła na wieczór kilkoro przyjaciół. Przed spotkaniem postanowiła zrelaksować się w wiadomy sposób, zyskując przy okazji darmową siłę roboczą, która posprzątała mieszkanie. W nagrodę pan zasiadł przy kaloryferze. Pani udała się do fryzjera. U fryzjera była kolejka. Czas płynął. Goście pojawili się pod domem Dominy. Gdy jej nie zastali, zatelefonowali do niej. Ona, bez zastanowienia podała kod dostępu otwierający drzwi do budynku i poinformowała, że mieszkanie jest otwarte, bo jej znajomy tam na nią czeka. Zapomniała jednak, że pozostawiła swojego niewolnika goluteńkiego,  skutego kajdankami i przywiązanego do kaloryfera. Znajomi więc weszli do środka i oniemieli. W pierwszej chwili nasunęło się podejrzenie, że w domu pojawili się włamywacze, którzy obezwładnili owego pana, jednakże nieznośna myśl, że zginęło tylko jego ubranie,  wszystkim  natrętnie pchała się na myśl. Zanim Domina wróciła, pojawiła się policja, wezwana przez gości. Pan zdobiący kaloryfer siedział, przykryty kocem. Gdy stróże prawa stanęli w drzwiach i zobaczyli nietknięte mieszkanie i nagusieńkiego mężczyznę, osłupieli. Podejrzenie, ze padli ofiarą głupiego żartu wypłynęło natychmiast po tym, gdy do domu wpadła Domina, wyjęła z torebki kluczyk od kajdanek i uwolniła nieszczęśnika. Wszyscy taktownie udawali, że nie rozpoznają prominenta z pierwszych stron gazet.
Klient opowiedział mi tę historię, a ja zaczęłam zastanawiać się, o co chce zapytać karty. A on zapytał: proszę mi powiedzieć, czy ja jestem skończony? Bo jeśli prasa się o tym dowie…. No cóż, karty stwierdziły, że pan na całej tej przygodzie zyska. Nieprawdopodobne! Bujdy! – krzyknął pan do słuchawki i rozłączył się.
Dwie godziny później
Klient-niewolnik zadzwonił i przeprosił mnie. Otóż z wiadomych względów przenoszą go na inne stanowisko, mniej eksponowane ale za to lepiej płatne. W dodatku w jego resorcie znalazła się inna Domina…

środa, 25 lutego 2015

Miła środa

Od jakiegoś czasu telefonuje do mnie pewien klient, któremu wcale nie zależy na wróżeniu, od po prostu chce porozmawiać. Ma na imię Przemek. Około trzydziestki. Życie zdążyło go już doświadczyć, jest pełen rozżalenia i pretensji do świata. Rozmowy z nim są trudne, ponieważ wylewa na mnie wszystkie swoje żale. Nie lubię go, ale z drugiej strony współczuję mu. I nie chodzi tu wcale o pieniądze. Rozmowy prowadzone za pośrednictwem portali ezoterycznych są kosztowne, ale doradcy wcale dużo nie zarabiają. A jeśli wziąć pod uwagę, ile muszą się czasem nasłuchać…
Przemek dzwoni często, czasem nawet kilka razy dziennie. Długie rozmowy są wyczerpujące. Poza tym on nie słucha, on stale coś mówi.
W przerwach między rozmowami z klientami zaglądam na portal randkowy. Przyzwyczaiłam się już do otrzymywania kilkunastu informacji dziennie. Mój profil odwiedza dużo osób, co bardzo mnie podniosło na duchu. Czuję się, jakbym była w dużej korporacji albo na przyjęciu obliczonym na setkę osób. Sama też przeglądam profile innych osób, zwykle mężczyzn. Kobiece profile są bardzo do siebie podobne. Kobiety  zwykle przedstawiają się dwojako: albo jako wampirzyce, gotowe schrupać na śniadanie każdego, kto bodaj zahaczy o ich profil i na kopciuszki, które z góry zakładają, że nikomu nie spodobają się ani jako kobiety ani jako osoby. Tekst, w którym co drugie słowo przewija się: „szukam wrażliwego ale władczego, spokojnego ale z ikrą, spontanicznego ale zaradnego, młodego ale z dużym doświadczeniem życiowym” itd. na mnie działa zawsze odstraszająco. Ale może mężczyźni uważają inaczej.
Ciekawe, do której kategorii mnie zaliczają.
Korespondencja z Żeglarzem Bracikiem trwa. Zabawne, bo żadne z nas nie zapytało dotąd o prawdziwe imię, zajęcie itp. Rozmawiamy o wszystkim, ale nie o tym. Ale wcale mi to nie przeszkadza.
Milutki, czyli Artur, lat 29 napisał mi, że korzysta z portalu randkowego już od dwóch lat. Gdy zapytałam dlaczego tak długo, czy nie znalazł przez ten czas odpowiedniej kandydatki, odpisał, ze owszem, znalazł, nawet dwie, ale jedna go okradła, a druga była mężatką.
Milutki Artur zaproponował spotkanie. Jutro, po południu w kawiarni. Zgodziłam się. Moja pierwsza portalowa randka. Ciekawa jestem, jaki jest naprawdę, na zdjęciu prezentuje się bardzo ciekawie.
Adaś nie odezwał się więcej. Chyba mu się nie spodobałam.

niedziela, 15 lutego 2015

Poniedziałek na portalu

Odwiedzających już jest 64. Słoneczek równiutki tuzin. Napisałam do niejakiego Adasia425 i Milutkiego 11. Adaś od razu zapytał o zdjęcie, co mi się nie spodobało. Sprawdziłam go, ekstrawertyk, choleryk, wyrachowany, nastawiony na podboje miłosne, niestały w uczuciach. Oczywiście natychmiast mi się spodobał. Prowadzimy bardzo intensywną korespondencję. Na kolejne pytania o zdjęcie odpisałam mu, że żadna fotografia nie oddaje mojego piękna i uroku osobistego, jedynie portret namalowany przez artystę. Chyba go mocno zaskoczyłam, bo podał mi swój adres domowy. No i włożyłam w kopertę portret, który namalowała w przedszkolu moja córka i wyślę mu jutro. Na tym portrecie mam wprawdzie troje oczu i dwa podbródki, ale moja żywiołowość została uchwycona po mistrzowsku.
Milutki 11 jest naprawdę milutki. Zaczął od komplementów w stylu: jesteś niesamowita, bardzo piękna, nieziemsko zgrabna, inteligentna, zaradna, przebojowa, pasujemy do siebie energetycznie. Do takich wniosków doszedł, gdy na jego pytanie: Hej, poznamy się? Odpisałam: - Czemu nie? Jak masz na imię?
Ogólnie jestem podekscytowana i towarzyszy mi miły nastrój. Aż klienci zauważyli, że mój głos jest inny, a słowa płyną swobodniej. Wszystkim dziś radziłam, aby byli bardziej otwarci, odważni, chętniej podejmowali wyzwania. Współpracowałam z kartami, które niekiedy wręcz grzmiały; -  Ludzie! Nie bójcie się ryzykować! Świat stoi przed wami otworem! Przy niektórych Świat stał dosłownie. Karta Świat.
Odpowiedziałam dziś na zachętkę mężczyzny, który nazwa się Bracik. Zaintrygował mnie, jego profil też jest ciekawy. Karty mówią, że to człowiek nietuzinkowy. Zobaczymy, zobaczymy… Nie zadał mi standardowego pytania - Co u Ciebie? albo Dlaczego nazywasz się Syrenka? albo Czy jesteś Syrenką Warszawską? Tylko po słowie cześć umieścił link do piosenki grupy Avolnation "Sail". I tak rozpoczęła się niezwykła historia Syrenki i Żeglarza...

Niedziela cd.

Nie wytrzymałam. Zalogowałam się na protalu. Przygotowywałam samą siebie na rozczarowanie, w końcu to dopiero początek, powtarzałam sobie w myślach. Niepotrzebnie! Mój profil odwiedziło 16 osób, od trzech otrzymałam słoneczka, i dwa zapytania wstępne. Nastrój od razu mi się poprawił. Chyba odpowiem na te zapytania? I podziękuję za słoneczka.
Czuję się wspaniale. Nie wiem, dlaczego, ale od razu pojawił się u mnie optymizm pomieszany z energią twórczą. Tylko dlatego, że mój profil został tak szybko zauważony! Nadzieja, którą często ja sama zaszczepiam moim klientom stała się teraz moim udziałem. Ośmieliłam się nawet poserfować po portalu, tym razem w charakterze poszukiwaczki, wysłałam również kilka słoneczek do osób, które mnie zainteresowały. Tak bym chciała przyśpieszyć czas... a może zerknę w karty... szkoda, ze nie dysponuję szklaną kulą. Ale na dziś koniec z randkowaniem. Powinnam napisać  felieton dla portalu ezoterycznego. Może coś o ludzkim przeznaczeniu?

sobota, 14 lutego 2015

Randkowa sobota

Mała Syrenka . Taki mam nick na portalu. Nic absolutnie nie znaczy. Po prostu było to pierwsze słowo które przyszło mi do głowy i było niezajęte przez kogoś. Ciekawe, że Istnieje na portalu aż 414 syrenek i żadna nie jest mała. Karty wieszczą ogromny sukces, a ja mimo to jestem bardzo sceptyczna. Opisałam siebie, ale bez przesady, nie podobały mi się profile, na których ludzie powypisywali swoje życiorysy albo litanię oczekiwań. Nie umieściłam zdjęcia. Trudno, nie będę ryzykować. W końcu ten Ktoś powinien zainteresować się mną dla mnie samej a nie ze względu na mój wygląd. Nie proponuję przecież samego ciała. Chociaż ja, oczywiście, w pierwszej kolejności przeglądałam profile osób, które zamieściły zdjęcie.

piątek, 13 lutego 2015

Miłosna sobota

„ Nie bój się, nie wstydź się, mówić, że kochasz, nie milcz, bo miłość znów Cię ominie (…), będziesz wołał, nie usłyszy, zniknie w tłumie” powiadają słowa piosenki (P. Rubik, Nie bój się, nie wstydź się, 2009)
Miłość jest emocją o najsilniejszej wartości energetycznej. Wyzwala najmocniejsze wibracje i jest niewyczerpywalnym źródłem potencjału energetycznego każdego z nas. Wyposaża nas w siłę, która nie daje się pokonać, pomaga znieść wszystko, czego doświadczamy, dodaje blasku, witalności, ma moc uzdrawiania.  Szkoda, że tak rzadko sięgamy po ten nadzwyczajny lek.

Pracowity czwartek

Wyjątkowo pracowity dzień. Aż upewniałam się, czy to czwartek. Kilka interesujących osób zatelefonowało. Między innymi kobieta, która pytała o  poprzednie wcielenia. Prześledzenie ścieżki jej życia dało na koniec odpowiedź, dlaczego doświadcza lęków, upokorzeń i strat. Bardzo ciekawa osoba i bardzo ciekawa rozmowa. Sama zaczęłam zastanawiać się nad swoimi przeżyciami.
Później był telefon od pana, który bardzo troszczy się o swoją córkę. Pokłócili się ponad dwa lata temu, od tamtej pory nie rozmawiali, teraz doszły go słuchy, że dziewczyna znalazła się w poważnych tarapatach. Niestety, karty to potwierdziły. Od mieczy aż się roiło. Rozpoczęły Czwórką, potem było już tylko gorzej. Na dodatek Wisielec, Wieża i Księżyc. Ileż ta dziewczyna musiała zaniedbać w swoim życiu, że dostaje aż taką lekcję. A może właśnie po to ją dostaje, żeby zrozumieć co jest naprawdę ważne. Optymizmem powiało, gdy wyłożyłam kartę Śmierć. Powrót do domu, koniec, zamknięcie. Poruszyła mnie ta rozmowa.
Na koniec skarga młodej dziewczyny, że chłopak ją rzucił. Karty pokazały go już jako Króla Mieczy, ale ona wciąż lamentuje. I nie dociera do niej, że Rycerz Buław, który przy niej stoi reprezentuje kogoś, kogo ona potrzebuje i szuka. On już jest, stoi przy niej, a ona go nie widzi, nie słyszy. Jakże trudno czasem dotrzeć do ludzi. A przecież dzwonią po nadzieję, podpowiedź. Potem to lekceważą, bo nie tego się spodziewali. Wiele razy zastanawiałam się, czy nie zacząć mówić ludziom wyłącznie to, co chcą usłyszeć, przecież mam „podgląd”. Ale zawsze powstrzymywało mnie przed takim działaniem pytanie, brzmiące gdzieś z tyłu głowy: „Jak długo wytrzymałabyś mówiąc ludziom same kłamstwa?”
W takie czwartki jak ten, czasem mam ochotę zagłuszyć ten głos.

Wyścigowa sobota

Ha ha! Dziś typowałam konie na wyścigi! Czułam presję, bo pan telefonował do mnie prosto z toru. Wyobraziłam sobie, ze stoi przy kasie z telefonem przy uchu i konsultuje na głos, na co postawić. Inni gracze są przekonani, że po drugiej stronie jest jakiś światowej klasy ekspert od wałachów a nie zwykła wróżka pospolita.
Dostałam wypieków na twarzy ,nie nadążałam z rozkładaniem kart, konie już biegły, koniec zakładów, słyszałam głos w słuchawce. Udało się z pięciu wytypowanych przeze mnie koni cztery przyszły pierwsze, jeden drugi. Mój klient był wygrany. Poprosił mnie o numer konta, chciał podzielić się zyskiem.

wtorek, 10 lutego 2015

Kolejna środa

Unikam odpowiedzi na pytanie, kiedy umrę. Co jakiś czas zdarza się ktoś, kto koniecznie chce to wiedzieć. Karty nigdy nie udzielają takich odpowiedzi, a nawet gdyby udzielały, to i tak odpowiedziałabym jak zwykle: wtedy, gdy przyjdzie pora.
Zdarzają się klienci, których nie lubię. Wciąż pytają o to samo, jakby ich przyszłość była zaprogramowana i dzięki mnie i moim kartom mogli sobie za niecałe 5 złotych za minutę „podpatrzeć”, co będzie dalej. No i cóż. Nie pojawiam się na wizji, ale przyklejam uśmiech do twarzy wzorem prezenterek telewizyjnych i jak katarynka powtarzam te same komunikaty. Dlaczego niektórzy nie potrafią zrozumieć, że przyszłość leży w ich własnych rękach, a karty przekazują informacje na temat ich samych, innych ludzi oraz prognozują, co się wydarzy, bazując na bieżących zamiarach, potrzebach, myślach. Skoro sam Bóg zrezygnował z  mocy władania nad człowiekiem, to karty lub wróżbici mogliby taką moc posiąść?

piątek, 6 lutego 2015

Zabawny wtorek

Usłyszałam dziś przez telefon zabawną historię. Rzecz dzieje się w autobusie. Autobus, jak autobus nic nadzwyczajnego, późne, październikowe popołudnie. Na siedzeniu w pobliżu kasownika śpi mężczyzna około pięćdziesiątki, ubrany przeciętnie, spodnie, kurtka. Pasażerowie nie interesują się sobą, autobus jedzie. Na kolejnym przystanku wsiada młoda dziewczyna, w ręku trzyma bilet, który przepuszcza przez kasownik. Manewry przy kasowniku utrudnia jej koronkowa, czarna rękawiczka. Dziewczyna zdejmuje więc rękawiczkę, w tej samej chwili autobus podskakuje na wybojach. Dziewczyna traci równowagę, gdy znów opiera się o kasownik stwierdza, że upuściła rękawiczkę. Okazuje się, ze ta spadła na uda śpiącego na siedzeniu mężczyzny. Sytuacja jest niezręczna. Mężczyzna śpi, rękawiczka leży w miejscu dość newralgicznym, w dodatku pan ma rozpięty rozporek. Dziewczyna patrzy bezradnie na czarny zwitek. Obserwuje to pasażer siedzący obok śpiocha. Chcąc pomoc dziewczynie, trąca sąsiada, a gdy ten otwiera oczy, mówi krótko: rozporek. Obudzony zerka w dół, po czym bezrefleksyjnie wpycha rękawiczkę w spodnie i zasuwa rozporek. Następnie zasnął. Historia iście hollywoodzka, ale bardziej zaskoczyło mnie pytanie klientki, a mianowicie, czy ten mężczyzna rozwiedzie się, ponieważ żona zarzuci mu zdradę?
No cóż, sama byłam ciekawa. Karty odpowiedziały, ze żona owszem zrobi mu awanturę, ale nie to będzie puentą tej historii. Ów mężczyzna, pracoholik i wół roboczy, pracujący na kilku etatach, by zaspokoić potrzeby swojej roszczeniowej rodziny (na własne nie ma czasu), zacznie rozmyślać, jak to możliwe, że miał przygodę, o której nie pamięta. Jak to w ogóle jest możliwe, że miał przygodę? Zacznie rozmyśleć, jak mogła wyglądać owa przygoda? Czy była brunetką czy blondynką? To rozmyślanie zmieni jego podejście do życia, a pora najwyższa, bo przy takim trybie groził mu zawał.

środa, 4 lutego 2015

Sobota

No i było zaskakujące wydarzenie! Te moje karty mają poczucie humoru, nie ma co! Wybrałyśmy się razem, Roksana i ja. Założyłam sukienkę i szpilki, w końcu bal to bal. Roksana również. No i byłyśmy jedynymi kobietami w szpilkach, kilka sukienek się trafiło. Konwencja „balu” polegała na przymusowym odbyciu kilkudziesięciu dwuminutowych rund pytań i odpowiedzi z partnerami, którzy zmieniali się, jak w kalejdoskopie. Panów przyszło znacznie więcej niż pań, stąd te dwie minuty. Podobno zwykle jest odwrotnie. Posadzili nas na kanapach typu czarna dziura, w którą człowiek wpada, sam nie wie kiedy, potem trudno się stamtąd wydostać, broda dotyka do piersi, można obserwować własne kolana, koszmar. Zawsze siadam na brzeżku takiej kanapy i mam wrażenie, że wygląda to tak, jakbym siedziała na sedesie.
Każdy trzymał w ręku ankietę wielkości namiotu, z setką pytań i rubryk, w które należało wpisywać komentarz na temat kolejnych adwersarzy. Jak to zrobić w dwie minuty, wliczając w to rozmowę, nie powiedziano nam. Szybko zignorowałam ankietę, co spotkało się z ostrą reprymendą ze strony organizatorów. Ratowało mnie chyba tylko to, że jestem kobietą i to kobietą w sukience.
Kolejni mężczyźni, z którymi rozmawiałam, jakże różni pod względem wyglądu, wieku, wykształcenia i zainteresowań, prezentowali jedną wspólną cechę: brak pewności siebie. Urodziła się we mnie refleksja: czy ja też tak jestem odbierana? Jako mało pewna siebie? Czy też chcę ukryć zakłopotanie pod pozorem rozluźnienia, żartów, hałaśliwej wesołości?
Zirytowało mnie, gdy minęły dwie minuty, a ja chciałam kontynuować rozmowę z pewnym chłopakiem. Był dużo młodszy ode mnie, ale odnalazłam w nim coś intrygującego, mądrego. -  Siedź, jeszcze nie skończyliśmy rozmowy! Niech inni się przesiadają!- powiedziałam głośno. On się zawahał, ale spodobała mu się moja stanowczość. Niestety ta niesubordynacja kosztowała mnie upomnieniem, że jeśli jeszcze raz naruszę zasady….
Potem była część taneczna. Na moje nieszczęście ja umiem tańczyć, większość z obecnych panów nie umiała. Najpierw podpierali ściany, jak w podstawówce, co mnie od razu odmłodziło, a potem nieznośnie deptali po palcach. Za karę nie mogłam tańczyć z tym chłopakiem od rozmów. Organizator złośliwie chyba sparował mnie najpierw w dwumetrowym koszykarzem, któremu sięgałam do pachy, potem z dwustukilowym sześcianem, który zmiażdżył mi palce u nóg, wreszcie z jakimś strasznie nerwowym typem, który ciskał mną na wszystkie strony, prawie wyłamując mi ręce ze stawów. Moja koleżanka, która grzecznie rozmawiała w przepisowym czasie, „dostała” miłego pana w zbliżonym wieku, który spokojnie sunął po parkiecie.
Uwieńczeniem wieczoru był taniec z pewnym brunetem w fioletowej koszuli, który – o zgrozo!- rozpoznał we mnie wróżkę. Okazało się, że telefonował kilka razy. Że też ja na tym profilowym zdjęciu nie doczepiłam sobie wąsów i brody!
Fioletowy amant uznał od razu, że ów bal dla singli to doskonała okazja do bardziej wnikliwego wróżenia i zaczął zadawać mi pytania. Był tak zaaferowany, że poznał mnie osobiście, że nawet nie zauważył. że nie ma przy sobie kart, a nawet gdybym miała, to jakim cudem mogłabym jednocześnie tańczyć i je rozkładać. Muzyka głośno grała, on jeszcze głośniej wrzeszczał, po chwili ustawiła się już kolejka chętnych do wróżenia. Z butów chyba! No i wyrzucili mnie na zbity pysk z balu dla singli!

wtorek, 3 lutego 2015

Czwartek

Ok, pierwszy krok jest najtrudniejszy. Potem będzie już tylko łatwiej. Moja sąsiadka, która też jest samotna zasugerowała „pojawienie się” na balu dla singli. Nie mam zielonego pojęcia, jak to wygląda. Karty oceniły pomysł, jako korzystny, bo wydarzy się coś zaskakującego. Uwielbiam takie odpowiedzi. Jak mam to rozumieć. Gdy rozmawiam z klientami, to są bardziej precyzyjne, dokładne. Mnie obdarzają takimi beznadziejnymi ogólnikami. Albo mnie nie lubią albo uważają, że nie przynosi się pracy do domu. Może powinnam zaopatrzyć się w inne karty, takie do prywatnego użytku? Ale czy wtedy te, z którymi pracuję nie pogniewałyby się? Może byłoby im przykro….  Muszę koniecznie zacząć wychodzić do żywych ludzi, bo za chwilę umówię się na randkę z rycerzem kielichów!

poniedziałek, 2 lutego 2015

Środa

Tę datę muszę sobie zapisać złotą czcionką. To początek eksperymentu. Tak to nazywam, bo nie mam odwagi przyznać, że od dziś zacznę mierzyć się z własnymi słabościami. Aż wstyd przyznać, od jak dawna karty radziły mi, abym poszła w tym kierunku. Ale wiadomo, szewc bez butów chodzi.
Zatem postanowiłam, że nie będę już dłużej samotna. Postawiłam sobie karty, jedne, drugie, trzecie. Wszystkie jak mantrę powtórzyły to samo: działaj! Nie czekaj! Miłość przejdzie i zniknie w tłumie! Nie zdążysz jej dogonić!
Jak długo jestem sama? Kilka lat, bo te kilka przelotnych znajomości przecież się nie liczy. I pomyśleć, że swoich klientów zachęcam nieustannie do poszukiwań, doświadczania.
Od czego zacząć? Przecież nie pójdę sama do klubu, nie usiądę w pubie przy barze albo  nie zacznę rozglądać się na ulicy za potencjalnym kandydatem na ukochanego. Karty kazały mi działać. Dobre sobie, ale jak? Gdzie?

Wtorek

Dziś zamykałam i otwierałam firmy. Jakby się umówili. Co drugie pytanie dotyczyło prywatnego biznesu. Ciekawe, że ci, którym karty odradzały podjęcie działalności ze względu na brak funduszy i brak widoków na fundusze w najbliższym czasie, kwitowali rozmowę stwierdzeniem: „ Skoro nie mam nic to co mogę stracić? Wchodzę w to! Dzięki za dodanie energii!”, zaś osoby, które posiadały pieniądze, o czym z resztą otwarcie mówili, wahali się, pomimo, że karty nie dostrzegały żadnych zagrożeń. Oj czwórka denarów mogłaby się wziąć pod rękę z czwórką kielichów i pojawiać we śnie każdego z tych niezdecydowanych klientów jako koszmar nocny.

niedziela, 1 lutego 2015

Poniedziałek

Poniedziałek, jak zwykle jest bardzo pracowity. Sama nie wiem, dlaczego, ale najwięcej telefonów odbieram właśnie w poniedziałki. Następnie we wtorki i środy. Potem tempo pracy zwalnia, wyraźnie wyhamowuje w czwartek i piątek przed południem, żeby znowu przyśpieszyć w sobotę i niedzielę.
Może zacznę prowadzić jakieś statystyki? Na przykład: w poniedziałki zapytania o miłość – (po weekendowych randkach), we wtorki zapytania o pracę i biznes – (po poniedziałkowym rozmarzeniu warto wreszcie wziąć się do pracy), w środę zapytania różne (środek tygodnia!), w czwartek pomysły na pytania się kończą, w piątek rozwiewamy wątpliwości z gatunku czy on/ona mnie kocha? , w sobotę zapytania o zdradę a w niedzielę o zdrowie.
Dziś zatelefonował do mnie jeden z moich stałych klientów, zaczynam go przyporządkowywać do dni z czwórką w tle, dziś jest czwarty, często dzwoni w czwartki albo co cztery dni. Ta czwórka do niego pasuje. Liczba ziemskiej rzeczywistości (ogień, powietrze, ziemia i woda), cztery strony świata, cztery żywioły, cztery kąty, symbol drzwi. Choć on sam jest numerologiczną dwójką. Ale dwa i dwa  to przecież cztery.
Zwierzył mi się ze swojej najnowszej rozterki, a mianowicie czy znosić cierpliwie kolejne upokorzenia serwowane mu przez kobietę, w której zakochał się bez pamięci, czy wreszcie zdobyć się na odwagę i powiedzieć jej, że jest u kresu wytrzymałości psychicznej i staje już coraz bliżej decyzji o rozstaniu. Karty nieustannie grzmią, że jego postawa jest niewłaściwa, zakłada brak szacunku do siebie, brak miłości własnej, trwonienie daru godności otrzymanego od Stwórcy. Staram się zawsze złagodzić ten przekaz. Słownik języka polskiego na dobre zagościł na moim biurku, stałam się prawdziwą mistrzynią w wynajdywaniu kolejnych eufemizmów.
Martwi mnie jednak coś innego. Skoro on do mnie dzwoni, aby podzielić się swoimi problemami, nie chodzi tu tylko o podpowiedź kart, ale o szczerą rozmowę, to jaką rolę pełnią jego przyjaciele, o których tak wiele mi opowiada?