piątek, 27 marca 2015

Refleksyjny piątek

Z prawnikiem nie spotkałam się. Umówieni byliśmy już dawno, lecz stale "działo się" coś, co uniemożliwiało spotkanie się. Rozmawialiśmy zatem ze sobą przez telefon. Nie wiedzieć czemu, ubzdurałam sobie, że ten człowiek nazywa się Robert, choć w rzeczywistości ma na imię Łukasz, co z resztą przypominał przedstawiając się na początku każdej rozmowy. Nasze konwersacje stanowiły wzorcowy wręcz przykład taktu oraz elegancji. Były poprawne, aż się niedobrze robiło.
- Panie Robercie, jak upływa panu dzień?
- Ależ droga Pani, mam na imię Łukasz!
- Bardzo pana przepraszam, jestem dziś taka roztargniona!
- Nic nie szkodzi, to takie urocze w pani wykonaniu!
Ponieważ kontaktowaliśmy się ze sobą przynajmniej kilka razy dziennie, po zaledwie dwóch dniach Łukasz uznał, że znamy się już na tyle dobrze, że może złożyć mi pewną propozycję: - Czy zechciałaby Pani towarzyszyć mi podczas wesela mojego brata?
Oczywiście, że zechciałabym. Wesele brata odbędzie się w najbliższą sobotę i liczę na to, że wreszcie uda nam się zobaczyć i porozmawiać bezpośrednio. Ciekawe, czy Łukasz założy na tę okoliczność frak?
Niespodziankę sprawił mi dziś także Bracik, ponieważ nieoczekiwanie zaproponował spotkanie w realu i bynajmniej nie chodziło o supermarket. Tak już przywykłam do naszych wirtualno-youtubowych spotkań, że jego pomysł wydał mi się z początku niedorzeczny. Oczywiście, gdy zaproponował sobotę, natychmiast się zgodziłam!
Monotonne stało się natomiast pojawianie się na moim profilu randkowym  wiadomości tej samej treści, ale wysyłanych od różnych osób. Wiadomość brzmiała: Szukam niezobowiązującej znajomości. - Wszystkim odpisałam to samo: - Mam nadzieję, że znajdziesz.
Największą niespodziankę sprawiła mi jednak jedna z klientek. Od kilku dni przeżywałam wręcz oblężenie telefoniczne. Odbierałam po kilkanaście połączeń dziennie, a każde trwało dłużej niż przeciętnie. Poniedziałek obfitował w sprawdzanie potencjalnej zdrady u partnera, we wtorek dominowały zapytania o sens życia i jakie numery padną w lotto. Kilkanaście minut przed północą postanowiłam, że to koniec na dziś. Dosyć, żadnych numerów więcej, żadnych zdrad i nieszczęśliwych związków. I wtedy zatelefonowała Pani Kasia. Imię nie zostało zmienione na potrzeby bloga. Pani Kasia nie pytała o nic niezwykłego, można powiedzieć: standard. Lecz rozmowa z nią stanowiła najlepszy relaks, jaki mogłabym sobie wówczas zamarzyć. Śmiałyśmy się do rozpuku, zupełnie zapomniałam o profesjonalizmie i zasadach i rechotałam, jak żaba, odpowiadając na pytania Pani Kasi. Gdyby dziś ktoś mnie zapytał, co mnie tak rozbawiło w tej rozmowie, nie umiałabym odpowiedzieć, ale wiem jedno: Pani Kasiu, proszę co jakiś czas do  mnie zadzwonić. Jakoś się umówimy i ja Pani zapłacę za tę rozmowę!
Na koniec ciekawostka. Czasem dyżuruję w nocy. Nocne rozmowy są bardzo wyczerpujące i to nie tylko dlatego, że klienci telefonują zwykle między 2.30 a 4.15. Ta rozmowa była naprawdę niezwykła: - Halo, kim pani jest? - odezwał się męski głos. - Bo ja do domu dzwonię!

czwartek, 26 marca 2015

Hipnotyczny czwartek

Poddałam się hipnozie z ciekawości. Pragnienie doświadczenia czegoś więcej doprowadziło mnie do poznania pewnego człowieka, którego na potrzeby opowieści nazywać będę Panem Jackiem. Pan Jacek posiada ogromne doświadczenie w tzw.hipnotyzowaniu w celach leczniczych. Jest z wykształcenia lekarzem, ale zajmuje się także ziołolecznictwem i terapią uzależnień. Kilka miesięcy zajęło mi podjęcie decyzji, czy udać się do niego, czy poddać się hipnozie w ogóle. To przecież nie jest zabawa w wesołym miasteczku. Od razu zaznaczę, że wybór osoby, która będzie wprawiać w stan hipnozy jest ogromnie ważne. I nie chodzi tu tylko o kwalifikacje, ale przede wszystkim o osobowość. Gdybym nie miała  zaufania do Pana Jacka, moja przygoda z hipnozą zakończyłaby się już po kilku minutach.
Seans odbył się w gabinecie Pana Jacka. Tego dnia nie umawiałam się z z nikim, nie wiedziałam przecież , jak będę czuła się po wszystkim, ile czasu mi to zajmie. Towarzyszyła mi moja przyjaciółka, Iwona. Późniejsza relacja Iwony i Pana Jacka oraz moje odczucia składają się na tę opowieść. Gdyby nie fakt, że wiedziałam, o której to się zaczęło i o której zakończyło, nie umiałabym odpowiedzieć na pytanie, jak długo przebywałam w transie: kilka minut, kilka godzin czy kilka dni. Moje odczucia, jak się zachowywałam,  w porównaniu z obserwacją pozostałych dwóch osób, to dwa różne przeżycia. Podczas całego seansu odpowiadałam na zadawane pytania oraz sama mówiłam, co widzę, słyszę i czuję. Przebieg hipnozy był rejestrowany.
Położyłam się wygodnie na kanapie i zamknęłam oczy . W gabinecie był jasno, nie przeszkadzało mi to, gdzieś z boku sączyła się przyjemna muzyka reiki. Iwona siedziała pod ścianą i nie odzywała się. Pan Jacek zaczął wprowadzać mnie w trans, mówiąc do mnie łagodnym głosem: - Odpręż się, poczuj, jak twoje stopy się odprężają, poczuj, jak twoje kolana się odprężają, poczuj, jak twoje ręce się odprężają...
W pewnej chwili ogarnął mnie niewypowiedziany lęk. Serce podeszło mi do gardła, dłonie zrobiły się wilgotne, poczułam w sobie wręcz panikę. Otworzyłam oczy i usiadłam wyprostowana, gwałtownie łapiąc oddech. Nie potrafiłam wytłumaczyć, co się ze mną stało, dlaczego tak zareagowałam, czego się przestraszyłam.
- Pomyśl, co czujesz - powiedział spokojnie Pan Jacek. - Nie staraj się na siłę szukać odpowiedzi, czego się boisz. To przyjdzie samo. Teraz nazwij swoje uczucia.
- Lęk, nawet strach, taki, jakbym bała się o swoje życie, lęk przed śmiercią. - powiedziałam z wahaniem. - Zapadałam się w sobie i to mnie przeraziło. Zupełnie, jakbym tonęła.
- Nie bój się tego uczucia. - Pan Jacek łagodnie pogładził mnie po ręce. - To, przez co za chwilę przejdziesz już się wydarzyło. Ty ponownie tylko to odczujesz. Tak, jak w kinie, podczas bardzo sugestywnego filmu.
Wiedziałam, instynktownie czułam, że jeśli wycofam się teraz, to już nigdy nie pozbędę się tego  męczącego wrażenia, że uległam wobec własnej słabości. Nikt na mnie nie naciskał, nie czułam presji ze strony Pana Jacka, czy Iwony. Wiedziałam, że seans możemy przełożyć lub zupełnie z niego zrezygnować. Przez chwilę tego właśnie chciałam, odłożyć, odsunąć w czasie, na kiedyś, na później. Wiedziałam jednak, że to kiedyś już nie nadejdzie. Teraz. Muszę przez to przejść teraz.
Ponownie położyłam się na kanapie i zamknęłam oczy. Zanim Pan Jacek cokolwiek powiedział, mnie już zrobiło się gorąco ze strachu, cała drżałam, oddychałam ciężko. Uczucie tonięcia pogłębiało się, łapałam powietrze, jak ryba. Bałam się, że naprawdę utopię się w pokoju doktora, leżąc na jego sofie!
- Nie bój się, jesteś bezpieczna, nic złego cię nie spotka, nikt cię nie skrzywdzi... - sączył się łagodny głos Pana Jacka. I wreszcie przyszedł ten moment, kiedy strach był już tak wielki, że... przestałam się bać. Zrobiło mi się wszystko jedno, pogodziłam się z losem, tak mogę to opisać. Czułam, jak zapadam się w otchłań, niezmierzoną głębię i ciemność. Wtedy dopiero poczułam się w pełni rozluźniona. Moje ciało rozpadło się  na milion maleńkich cząsteczek, które zniknęły gdzieś w przestrzeni. Przestałam istnieć, ale dzięki temu czułam, że istnieję bardziej, mocniej. Nie było już żadnych ograniczeń, mogłam przeniknąć cząsteczkę wody, mogłam być wszędzie i wszystkim.
- Teraz policzę od 10 do zera. - kontynuował Pan Jacek. - Gdy dojdę do zero, dam ci znak i potem przeniesiesz się w głąb swojej podświadomości i pozwolisz, aby poprowadziła cię. Podążysz za nią, mówiąc o tym, co widzisz, słyszysz, czujesz, jak się czujesz.  Dziesięć...
Poczułam, że spadam. Wciąż było ciemno, spadałam w tunel bez dna. Raz szybciej, raz wolniej, raz leciałam z ogromną prędkością "na łeb na szyję", to znów opadałam wolno, niczym piórko.
- Pięć...
Odliczanie nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Nie towarzyszyło mi najmniejsze przekonanie, że gdy usłyszę "zero" to coś się wydarzy. Po prostu spadałam...
- Zero. teraz!
Wciąż spadałam. Czułam powiew powietrza, czasem było mi zimno, czasem cieplej, ale nie odczuwałam znacznego dyskomfortu. W pewnej chwili zatrzymałam się. Wisiałam w powietrzu. Ciemność wokół mnie zaczęła się rozrzedzać. Przypominało to świt, słońce wstaje i zalewa swoim światłem świat. Zobaczyłam brzeg rzeki lub jeziora, obrośnięty szuwarami, trawą wysoką na metr i innym zaroślami. To mogła być wczesna wiosna, bo roślinność nie przybrała jeszcze świeżej barwy, choć ja nie czułam chłodu. Dokoła nie było nikogo. Nie widziałam też żadnych zabudowań. Po chwili obraz się zmienił. Teraz patrzyłam na duże, męskie stopy, obute w mocno zniszczone i mocno zakurzone sandały ze skóry. Stopy krwawiły. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że są  to moje stopy i że ponad stopami jest tułów, ubrany w ciężką zbroję, w której jest mi  bardzo gorąco. Horyzont przesłaniał mi  ciężki hełm, spod którego coś wyciekało i spływało mi na oczy. Otarłam twarz wierzchem zakurzonej dłoni. W dłoni trzymałam miecz. Bolała mnie ręka. Zanim zdążyłam się zastanowić nad tym, co widzę, już biegłam skrajem urwiska. Pode mną ziała przepaść skalna, musiałam biec, bo ktoś za mną krzyczał. Biegłam boso, kamienie wbijały mi się w stopy, kaleczyły palce. Dobiegłam do krawędzi i skoczyłam. Nie bałam się. Rozłożyłam ręce, jak do lotu. Od tego momentu obrazy przesuwały się w takim tempie, że nie nadążałam z rejestrowaniem, co widzę. Widziałam bowiem powiewające, muślinowe zasłony, stary młyn, przy którym szum wody zagłuszał coś, co mówił do mnie młody chłopak, stół zastawiony truskawkami, niemowlę w kołysce, las, zielony i pachnący, brukowaną ulicę i śmierdzący rynsztok. Przy niektórych wizjach dane mi był zatrzymać się na dłużej, przy innych tylko na ułamek sekundy.
- Co widzisz? Czy widzisz jakieś nazwy, daty, twarze, które znasz? - przebijał się głos Pana Jacka. To mnie rozpraszało. Nie nadążałam z opowiadaniem, co widzę. Obrazy często były niewyraźne, lub widziałam coś z takiej perspektywy, że z początku nie umiałam powiedzieć, co to jest.
- Nie umiem tego opisać. Nie umiem tego do niczego porównać. To jest jakby skała, a w niej wydrążone otwory, jak w plastrach miodu, ale można tam wejść z każdej strony, można wejść do góry nogami i tak pozostać. Grawitacja nie działa. Ktoś coś do mnie mówi. Rozumiem, co mówi, choć nie słyszę słów i nie widzę nikogo. Mam wrażenie, że ja tez jestem tym kimś lub czymś. Wszędzie jest bardzo jasno, ale i tak nic nie widać. Tu wzrok i słuch są niepotrzebne, przeszkadzają. Gdy mówię, to nie mogę odczytać, co inni do mnie mówią. Jestem rozproszona.
- Nie wiem, czym jestem. Raczej nie człowiekiem... Czuję się silna i bezpieczna. Tam jest woda, jakieś jezioro. Muszę się napić. O rany! Zobaczyłam się! Jestem ptakiem! Orłem! Mam dziób!
- Coś na mnie siedzi. Czuję ciężar. Nie mogę się poruszyć. Jestem zakopana?... Nie wiem, co się dzieje... liście... wiewiórka... czy to możliwe, że jestem drzewem?...
- Lecę. Między szczelinami skalnymi. Pode mną są lasy, zielone, bezkresne. Co za cudowne uczucie...
- Wchodzę do sieni. To dom na wsi. Na ścianie wisi kalendarz, ale wiatr podnosi kartki do góry... chyba było  tam napisane 54 ale nie jestem pewna. Na lewo od wejścia jest duży pokój z wyjściem na werandę. Stół, na stole koszyk z grzybami. Ktoś przyszedł.... teraz idziemy wzdłuż drogi. Jest bardzo gorąco. Sierpień. Nie wiem, skąd wiem. Ten mężczyzna ma ciemne włosy i niebieskie oczy. Jest młody, uśmiecha się do mnie, całuje mnie w policzek.
- Wiszę nogami w dół. Nie mam oparcia. Dookoła jest rozwrzeszczany tłum, boli mnie kark, nie mogę spojrzeć w górę, but mi spadł...
- Jerozolima. Obserwuję, jak świat przewija się dookoła. Jem coś, mam brudne ręce... Te ręce są stare.
Nie pamiętam, ile było tych wizji. Niektórych nie umiałam w ogóle opisać. Mówiłam tylko, że jest mokro, ładnie pachnie, muszę skręcić głowę w prawo, coś lepkiego, jestem kobietą, chyba nie mam nogi itp.
Pamiętam, że podczas moich "podróży" czułam, że choć nie mam ciała, to czasem wykonuje ono jakiś ruch, pochyla się, opada, przewraca, patrzy w górę, w dół. Pan Jacek i Iwona zgodnie potwierdzili, że leżałam w całkowitym bezruchu. Poruszałam wyłącznie ustami.
W pewnej chwili Pan Jacek powiedział - Teraz policzę od pięciu do zera. Na "zero" wrócisz do stanu świadomości. Jeden...
Nie chciałam wracać. Wędrówka była męcząca, ale też ciekawa. Gdy usłyszałam "zero" zrobiło mi się przykro, byłam zła na Pana Jacka, że to przerwał. Chciałam "płynąć" dalej.
- Jak się czujesz? - padło pierwsze pytanie.
- Jestem zmęczona. - odpowiedziałam, - Jestem bardzo zmęczona, mam ochotę iść spać.
Tak też zrobiłam. Następnego dnia i przez kilka kolejnych dni czułam się znakomicie wypoczęta i zrelaksowana ale zarazem towarzyszyłam mi tęsknota za tym przeżyciem. Chciałam je powtórzyć. Ponadto twarz mężczyzny, którą ujrzałam podczas wizji, tego ciemnowłosego z niebieskimi oczami, pojawiała się również w moich snach. Kim on jest? Był? Dlaczego wciąż go wspominam?

piątek, 13 marca 2015

Statystyczny piątek

Do tej pory przeprowadziłam około 2000 rozmów z klientami. W większości były to kobiety. Przekrój wiekowy od 18 do 75 lat, najczęściej odzywały się osoby w wieku miedzy 25 a 45 lat. najczęściej zadawane pytania dotyczyły miłości, związków, uczuć, relacji. Przeciętnie konsultacja trwa ok 5-6 minut, choć zdarzały mi się rozmowy 45 minutowe. Ile z tego zarabiam? Różnie, ale nie więcej niż 40 % całej kwoty, którą płaci klient. Najgorzej pracuje się w nocy. Nocne dyżury trwają od 2.00 do 5.00, od 2.30 do 5.30 lub od 5.00 do 7.00. Najwięcej rozmów przytrafia się między 3.00 a 5.00 rano. Zdarzają się klienci, którzy telefonują kilka razy pod rząd, do tej pory mój rekord "zarwanych nocy" to łącznie cztery doby. Najtrudniejszym klientem była młoda kobieta, wedle jej słów, zamożna, samodzielna, niezależna i samotna. Za każdym razem zadawała mi te same pytania i nigdy nie była usatysfakcjonowana z odpowiedzi. Najprzyjemniejszy klient, to Pan Andrzej, który dzwonił tylko po to, aby mnie nieprzerwanie przez 5 minut komplementować.
Najdziwniejsze pytanie, jakie dostałam brzmiało: czy moim przeznaczeniem jest znaleźć się w kosmosie? Strasznie mnie korciło, żeby doradzić klientowi tę podróż w kosmos. Niech leci!
Jakkolwiek dwuznacznie to zabrzmi, to sądnym dla mnie dniem, kiedy to "obsłużyłam" 25 klientów był pewien lipcowy poniedziałek. Nie miałam wówczas  czasu, żeby się wylogować.
Pytania, na które nigdy nie udzielam odpowiedzi to pytania o śmierć i ciężką chorobę. Pytania, których nie lubię, to pytania o sprawy, które zależą wyłącznie od samych pytających, np. czy zdecyduję się zajść w ciążę w najbliższym czasie.
Najśmieszniejsza sytuacja przytrafiła mi się wówczas, gdy jeden z klientów telefonował prowadząc jednocześnie samochód. Padło pytanie: czy czekają go jakieś straty finansowe w najbliższym czasie? Odpowiedziałam, że tak. Chwilę potem usłyszałam w słuchawce policyjną syrenę. Rozbawiony klient zadzwonił do mnie po chwili i powiedział, ze się sprawdziło, bo właśnie dostał mandat za rozmawianie przez komórkę podczas jazdy.
Na portalu randkowym też dokonałam podsumowań, ponieważ właśnie odwiedził mój profil dwusetny gość. Spośród wszystkich odwiedzających przytrafiły się trzy kobiety. Wszystkie trzy złożyły mi bardzo jednoznaczne propozycje, ale je odrzuciłam, kobietki nie były w moim typie.
Ponad 90 % odwiedzających napisała do mnie wiadomość, lub puścili tzw. oczko. Blisko 2/3 mężczyzn, którzy odwiedzili mój profil to ludzie wolni (przynajmniej tak deklarują) w wieku od 30 do 43 lat. Ponad połowa z nich jest zainteresowana wyłącznie przygodami. Przeważają blondyni, niezależni finansowo, zdeklarowani kosmopolitanie.
Standardowe powitanie to: Hej, masz fajny profil! Umówimy się? Zwykle odpowiadam na to, że mój lewy profil jest cokolwiek gorszy od prawego i czekam na reakcję. Połowa "zaczepialskich" obraża się lub w ogóle nie utrzymuje dalej kontaktu.
Z tej garstki, która się ostaje, kolejna grupa (ok 30%) odpada po pierwszych dniach korespondowania. Typowe pożegnanie ( o ile jest) brzmi: - Wiesz, muszę jutro wyjechać w delegację/ na konferencję i nie będę mógł rozmawiać przez jakiś rok, bądźmy w kontakcie!
Z pozostałymi zwykle po 2-3 dniach umawiam się na randkę. Wyjątek stanowi Bracik. W rozmowie z nim ten temat dotąd nie wypłynął.
Nie zastanawiałam się jeszcze, jakie wnioski wypływają z tych statystyk. Ale wiem jedno, nauczyłam się formułować krótkie i zwięzłe komunikaty, zawierające jak najwięcej treści, Szymon Słupnik to przy mnie wulkan zniecierpliwienia, nabrałam ogromnego dystansu do siebie i przede wszystkim do swojego wyglądu. Idealnie skrajne opinie na mój temat , które czytam lub słyszę przyjmuję do wiadomości i odkładam "ad acta." Dzięki temu stałam się bardziej pewna siebie i otwarta na ludzi. to chyba dobrze?
Jutro randka z prawnikiem. Przez telefon brzmiał bardzo obiecująco. I tym razem nie jest to portalowy kandydat. Ale najprawdziwsza z prawdziwych randka zaaranżowana przez  swatkę. Niezastąpioną sąsiadkę, która zawsze dobrze mi życzy.

środa, 11 marca 2015

Leśna środa

Dzień rozpoczął się od standardowej rozmowy z Panem Przemkiem. Zamiast powitania usłyszałam,że wszystkie kobiety są takie same, to znaczy podłe, wredne, okrutne i wyrachowane materialistki. Należałoby je wszystkie zamknąć w rakiecie i wystrzelić na księżyc. Jak zwykle tylko wysłuchałam, bo nie dopuścił mnie do głosu. Skądinąd mu współczuję. Młody facet, a już tak wiele złego doświadczył w relacjach damsko-męskich. Jednak to nie moja wina, ze jedna dziewczyna go oszukała, druga okradła i oszukała a trzecia oszukała, okradła i wyśmiała.
Środek dnia wypełniły rozmowy z klientami, którzy starali się mnie przekonać, że są uosobieniem dobroci, aniołami, które zstąpiły na ziemię, tylko zapomniały po co. Wielu z nich skrzydeł używa już tylko w celu zamiatania podłóg. Ja natomiast jestem Wyrocznią, która przypomnieć ma im o ich misji. Większość rozmów rozpoczynała się dziś od słów: - " Chciałem dobrze...-", "Zawsze mogę zac ząć wszystko od nowa!", " Jeśli tylko on zrozumie i się zmieni...", " Dlaczego los mnie tak doświadcza, przecież jestem dobry?", "Pomogę jej naprawić błędy." Coś mi to przypomniało, sięgnęłam więc do Dantego i przywołałam obraz wszystkich dziewięciu kręgów piekieł. Wróżbici zajmują przedostatni, więc od dziś przestaję posługiwać się tytułem zawodowym "wróżka". Od teraz będę doradcą i przewodnikiem. W żadnym wypadku fałszywym. Przeciwnie,  będę mówić ludziom wszystko szczerze i bez ogródek. W związku z tym pewnie niedługo popracuję.
Po południu wybrałam się na spotkanie z kolejnym kandydatem na kandydata, w nadziei, że i słowo "samotna" zastąpię słowem "zajęta".
Pan major prezentował się wspaniale, wysoki, postawny, elegancki, szarmancki no i brunet niebieskooki. Właściwie od tego powinnam zacząć. Brunet niebieskooki to skończony ideał, nawet gdyby nie był zawodowym żołnierzem, w dodatku oficerem. Od samego początku byłam urzeczona jego szorstkim, żołnierskim tonem, czułam się bardzo bezpiecznie, gdy otaczał mnie swoim męskim ramieniem  oraz gdy oznajmił, że ma plan naszego spotkania.
Z góry zgodziłam się na wszystko. Major zwany Krzysztofem posadził mnie w aucie i pomknęliśmy prosto.... na poligon. Tam przez blisko trzy godziny obserwowałam zmagania szeregowców z przyrodą i korpulentnym kapralem, który potwornie seplenił. Po wyrzuceniu z siebie kilkunastu komend, wycierał oplutą brodę rękawem i brał się pod boki. Potem patrzył na "mojego"majora i niczym wierna psina, czekał na pochwałę.
- Pokażę ci,na czym polega prawidłowe rozeznanie w terenie, a następnie wyznaczenie punktów strategicznych. - Obiecał Krzysztof. O niczym innym nie marzyłam. Na wszelki wypadek założyłam przecież wąską spódnicę i szpilki. - Żołnierze zostali wyposażeni w mapy obrazujące topografię terenu. - Objaśniał mnie Krzysztof. - Ich zadaniem jest wyznaczyć azymut, a następnie w jak najkrótszym czasie pokonać przeszkodę geograficzną, dotrzeć do bazy znajdującej się w wyznaczonym na mapie miejscu i zameldować wykonanie zadania. Potem udamy się do kantyny w celu spożycia grochówki.
Zastęp, który obserwowaliśmy z oddalenia składał się z trzech mężczyzn i jednej kobiety. Wszyscy dźwigali olbrzymie plecaki, na głowy nasadzili sobie hełmy i biegli z bronią w ręku. Ta broń pałętała im się niekiedy między nogami. Dziewczynie hełm ciągle obsuwał się na oczy. Cały teren pokrywało błoto i zdradziecko wystające gdzieniegdzie uschnięte badyle. Nowiuteńkie rajstopy miałam z głowy. Przeszkodą geograficzną okazała się być rzeczka, może nawet rzeczeńka, o średnicy może trzech metrów. Za dużo, żeby z tym całym nabojem przeskoczyć, wystarczająco dużo, żeby przemoczyć nogi. Od razu wysunęłam przypuszczenie, że towarzystwo mogłoby zniknąć szybko pod powierzchnią wody wraz z całym ciężarem, bo woda wyglądała na głęboką. Obejść tę stróżę nie dało się, ciągnęła się w obu kierunkach dość daleko.
Po trwającej ponad pół godziny naradzie wojennej zdecydowano, że ktoś podejmie jako pierwszy próbę przeprawienia się na drugi brzeg, gdy to się powiedzie pójdą następni. Plan był taki: doskoczyć do pagaja, który wystawał z rzeczki, odbić się od niego i wylądować gładko po drugiej stronie. Na ochotnika do pierwszej próby zgłosiła się dziewczyna. Niewiele widząc zza za dużego hełmu ruszyła z rozmachem, odbiła się od brzegu i ucapiła pagaja. Wisiała na nim przez chwilę, po czym pagaj wolno przechylił się w prawo, zanurzając dziewczynę w wodzie, tak, że tylko nos jej wystawał. Wyglądało to tak, jakby miś koala spał w wodzie.
Wszyscy zamarliśmy. po chwili odezwał się jeden z żołnierzy - Mariola, pomóc ci?
Za to grochówka była wyśmienita. Po posiłku Krzysztof zaproponował romantyczny spacer po lesie. Nie cierpię spacerować po lesie, zwłaszcza w butach na obcasach, ale te jego niebieskie oczy... W  lesie się zgubiliśmy. Zrobiło się już zupełnie ciemno, gdy Krzysztof stwierdził, że nie wie, gdzie jesteśmy, telefonu nie zabrał i w ogóle nie wie, w którą stronę iść. Zrobiło się zimno i nieprzyjemnie. Na szczęście polskie lasy to nie dżungla amazońska, więc po pewnym czasie dobrnęliśmy do koszar. To była niezapomniana randka, gdy spojrzałam w lustro zobaczyłam samą siebie do niczego niepodobną. Włosy sterczały mi we wszystkich kierunkach, znad ucha zwisał jakiś zaschnięty liść, spódnica przekręciła się tak, że z przodu dziwacznie sterczał suwak, nogi miałam zorane od góry do dołu, zamiast butów na nogach dwa wielkie gliniane kloce. Natomiast Krzysztof mógłby stanąć do parady wojskowej. Ciekawa jestem czy jeszcze się ze mną umówi?

sobota, 7 marca 2015

Bardzo pracowita sobota

Dziś sporo randkowałam. Zarówno wirtualnie, jak i realnie. Umówiłam się na kawę z niejakim Brunetem. Żadne plenery, wnętrze, bo zimno. Wybrałam lokal położony niedaleko mojego domu, położony strategicznie,  ponieważ po wyjściu z kawiarni mogłam szybko wskoczyć w autobus i odjechać, gdyby zaszła taka potrzeba. Asekuracyjnie, jak zwykle poinformowałam moją sąsiadkę z kim i gdzie się umawiam  i poszłam. Brunet wysłał wcześniej swoje zdjęcie. Z opisu wynikało,że jest wysoki (184 cm wzrostu), dobrze zbudowany (90 kg wagi), jest brunetem i nosi okulary. Wiek: 42 lata. Przyznam, że dość długo zastanawiałam się, jak się ubrać na tę randkę. Elegancko? Raczej nie, bo to przecież nie raut w ambasadzie, na sportowo? też chyba nie, bo pomyśli, że go lekceważę, seksownie? OOO! Wtedy dopiero sobie pomyśli! Byle jak? Odpada! Jak do pracy? Też nie. W końcu zdecydowałam się na niebieską sukienkę, z umiarkowanym dekoldem, długość przed kolano, ale nie za krótka i szpilki. Włosy rozpuszczone, czerwona szminka na zachętę.
Lokal, który wskazałam to maleńka knajpka, z mikroskopijnymi stoliczkami pilnującymi ogromnych kanap. Jest tam miło i przytulnie, ale przestrzeń zdecydowanie mniejsza niż zwykle. Zapomniałam wcześniej zarezerwować odpowiedni stolik.
Chmurzyło się, zabrałam więc parasol. Gdy zbliżałam się do restauracji, mijałam duży, czerwony samochód, zaparkowany tak, że zabarykadował cały chodnik. Byłam zmuszona zejść na ulicę, żeby go wyminąć. Gdy przechodziłam, drzwi od strony kierowcy nagle otworzyły się i uderzyły mnie w bok. Runęłam, jak długa w kałużę przed sobą. Kierowca podbiegł, żeby pomóc mi wstać i na poczekaniu otrzymał cios parasolem w twarz. Nie zamierzyłam się na niego specjalnie, po prostu pochylił się nade mną akurat wtedy, gdy nieszczęsny parasol zaplątał mi się pod pachą. Facet złapał się na nos, a ja dołożyłam mu jeszcze tym parasolem w kolano.
Świadoma, że jestem już spóźniona na spotkanie, w dodatku cała umorusana błotem, machnęłam ręką na poturbowanego kierowcę i ruszyłam w stronę wejścia do kawiarni. On chyba zmierzał w tę samą stronę, bo w drzwiach znów się spotkaliśmy. Mój parasol pierwszy wszedł do środka. Kerner z wewnątrz obserwował dziwaczną scenę, gdy dwoje ludzi szarpie się z drzwiami wejściowymi i zamiast wejść wrzuca do środka parasol.
Gdy wreszcie udało nam się stanąć w  holu restauracji, okazało się,że jest wolny tylko jeden stolik. Popatrzyłam na faceta i powiedziałam: - Mój gość i tak pewnie już na mnie czeka, więc proszę skorzystać.
- Ależ ja też jestem z kimś umówiony, więc oddzielny stolik mi niepotrzebny. - wzruszył ramionami mężczyzna. W tej samej chwili obydwoje, jak na komendę zajrzeliśmy do małej sali. Niedaleko, na kanapie siedziała para zakochanych, którzy czule patrzyli sobie w oczy. Reszta świata dla nich nie istniała. Przemknęła mi przez głowę myśl, że może to jest mój randkowy partner, który nie doczekał się na mnie, a ta dziewczyna czekała na tego kierowcę, też rozczarowana, postanowili nie tracić czasu i zainteresowali się sobą, ale odrzuciłam ją,  ponieważ amant był rudy i bez okularów.
Inni goście odpadali z racji wieku, postury itp. Wtedy przyjrzałam się gościowi dokładniej. - Czy pan ma na imię Karol?
- Tak! To ja.
Być może nie mam dobrej miarki w oku, ale przy Karolu poczułam się strasznie wysoka. Oto stał przede mną chudy, drobny facecik, ogolony na jeża, o twarzy tak przeciętnej i pretensjonalnej, że mógłby grać w reklamach wszystkiego. Z jego wyblakłych oczu biły lęk, przerażenie, determinacja i bezmyślność. Przez następną godzinę stawałam na wyżynach własnej kreatywności, po to by podtrzymać rozmowę, bo Karol odpowiadał zwykle- Niechętnie. albo - No tak, no i co dalej?
Nie umiem powiedzieć, jaki jest. Nijaki, ani miły ani niemiły, ani zabawny ani nudny, przezroczysty, jak powietrze. Dobrnęłam do końca randki i pożegnałam się z nim słowami: - Słuchaj, Karol, jesteś miłym facetem ale trochę zbyt grzecznym, jak dla mnie. Nie jestem odpowiednią kandydatką dla ciebie, powinieneś szukać dalej.
- Raczej niechętnie, ale no tak.
Jutro kolejna randka. Tym razem baaardzo konkretny pan major wojska polskiego. Na razie wracam do komputera, Bracik wysłał mi kolejny link na you tube. Takim językiem rozmawiamy, słowa piosenek lub fragmenty filmów zastępują nam nasze własne wypowiedzi, jest zabawnie.

czwartek, 26 lutego 2015

Prawie randkowy piątek

A z Milutkim to było tak: umówiliśmy się na czwartek, w pobliżu  kolumny Zygmunta na Starym Mieście. Ale kolega Artur  mnie wystawił. W ogóle nie przyszedł. Jak ta głupia kręciłam się przy kolumnie dobre pół godziny, aż straż miejska zaczęła mnie obserwować. Telefonu nie odbierał. Wróciłam do domu zniesmaczona.
Następnego dnia, czyli dziś rano wysłał mi sms, że coś mu wypadło i nie mógł przyjść. Zaproponował drugie podejście. No cóż, zgodziłam się. Przeżyłam powtórkę z rozrywki, Milutki znów się nie pokazał. Tym razem odczekałam tylko parę minut i zatelefonowałam do niego. - Co to za głupie żarty?- zaczęłam bez zbędnych wstępów. A on na to: - ja cię widzę!  - Jak to, mnie widzisz? Gdzie ty do cholery jesteś?!
- Obserwuję cię przez szybę, po drugiej stronie ulicy.
- Oszalałeś?!
- Nie, tylko najpierw chciałem ci się przyjrzeć, bo przecież trzeba być ostrożnym...
Gdy to powiedział, zgłupiałam. Facet, który posturą i fizjonomią  przypomina Władimira Kliczkę, umawia się ze mną w biały dzień, w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc w Warszawie i on boi się podejść. A cóż ja (156 cm wzrostu i 50 kg wagi) mogłabym mu zrobić? Napluć na niego? I to tylko na jego buty, bo do twarzy mi za wysoko.
Naprawdę nie wiedziałam, co począć w takiej sytuacji, więc stałam bezradnie przy tej kolumnie i pozwalałam się obserwować. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Oczywiście Pan Przemek.
- Panie Przemku, nie mogę teraz rozmawiać, proszę zadzwonić później.- poprosiłam szybko, bo przecież w każdej  chwili Artur Milutki mógł zawezwać mnie smsem.
- Nie będę dzwonił później.- szorstko odparł pan Przemek, jak zwykle, z resztą.
- No to  kiedy indziej...
- Co Pani sobie wyobraża! Że ja tak będę wydzwaniał w nieskończoność?! - dziś to było pierwsze połączenie z nim - Nie mam czasu!
- Przykro mi, jestem na randce i naprawdę nie mogę rozmawiać. - starałam się mimo wszystko być grzeczna.
- A po co Pani chodzi na randki? - chciał wiedzieć pan Przemek- Trafi pani na jakiegoś palanta i zacznie narzekać, ze świat jest niesprawiedliwy. Bez sensu!
Nie rozważałam dłużej, czy moja randka ma sens, czy nie, ponieważ Artur odważył się podejść do mnie. Zrobił to dokładnie wtedy, gdy przerwałam dywagacje pana Przemka słowami: - Nie obchodzi mnie, ze pana nie obchodzi z kim się spotykam, do widzenia!.
Artur popatrzył na mnie z lekką dezaprobatą i powiedział, że musi już iść, bo zrobiło się późno...

Melancholijny czwartek

Dzisiejsi klienci w nastroju refleksyjno-depresyjnym. Wszyscy pytają o śmierć. Dopytują się, jakie karty pojawiły się w rozkładzie i czy „wyszła” im Śmierć. Karta, która w istocie rzadko oznacza prawdziwy zgon. Zwykle interpretuje się ją jako przygotowanie miejsca na nadejście nowego, transformację, odnowę, koniec i początek jakiegoś etapu, przeistoczenie, transformację, konieczność wyzbycia się starych przyzwyczajeń. Ewentualnie nieodwracalną stratę czegoś. Na dziś chyba skończę, bo sama popadnę w depresję.
Trochę później
Kolejna seria rozmów. Tym razem klient radził się, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Otóż jest to człowiek na stanowisku dość eksponowanym, wymagającym od niego powagi i dostojeństwa oraz postawy władczej. Taki też jest ten klient w pracy. Poza pracą zamienia się posłusznego niewolnika, gotowego spełnić każde życzenie swojej Pani. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z takimi „upodobaniami”, stąd zauważyłam u siebie pewną trudność w interpretowaniu kart. Zawsze staram się zachować dystans, akceptować każdego takim, jaki jest, ale przecież nie wiem wszystkiego, poza tym pojawiła się we mnie naturalna ciekawość. Klient na szczęście ujawnił więcej szczegółów, dzięki czemu łatwiej mi było przekazywać mu informacje.
Kilka tygodni wcześniej poznał on pewną kobietą, która chętnie i z dużym znawstwem weszła w rolę Dominy. Nie chodziło jednak o seks, ale ten rodzaj dominacji, gdzie brak równości u partnerów wywołuje ogromne podniecenie. Pani była jednak na tyle pragmatyczna, że „swojego niewolnika” wykorzystywała bardzo produktywnie. Kazała mu na przykład myć okna u siebie w domu, szorować podłogi, obierać ziemniaki itp. Wszystko oczywiście na golasa (szkoda, ze nie zapytałam, na którym piętrze ma mieszkanie). Pan, ubrany wyłącznie w kolczatkę na szyi posłusznie wykonywał wszystkie polecenia. W nagrodę Pani przypinała go do smyczy, a smycz do kaloryfera. Pan siedział pod tym kaloryferem przez jakiś czas, potem był odpinany, seans się kończył i pan wracał do domu.
Przykra przygoda wydarzyła się kilka dni temu. Pani Domina zaprosiła na wieczór kilkoro przyjaciół. Przed spotkaniem postanowiła zrelaksować się w wiadomy sposób, zyskując przy okazji darmową siłę roboczą, która posprzątała mieszkanie. W nagrodę pan zasiadł przy kaloryferze. Pani udała się do fryzjera. U fryzjera była kolejka. Czas płynął. Goście pojawili się pod domem Dominy. Gdy jej nie zastali, zatelefonowali do niej. Ona, bez zastanowienia podała kod dostępu otwierający drzwi do budynku i poinformowała, że mieszkanie jest otwarte, bo jej znajomy tam na nią czeka. Zapomniała jednak, że pozostawiła swojego niewolnika goluteńkiego,  skutego kajdankami i przywiązanego do kaloryfera. Znajomi więc weszli do środka i oniemieli. W pierwszej chwili nasunęło się podejrzenie, że w domu pojawili się włamywacze, którzy obezwładnili owego pana, jednakże nieznośna myśl, że zginęło tylko jego ubranie,  wszystkim  natrętnie pchała się na myśl. Zanim Domina wróciła, pojawiła się policja, wezwana przez gości. Pan zdobiący kaloryfer siedział, przykryty kocem. Gdy stróże prawa stanęli w drzwiach i zobaczyli nietknięte mieszkanie i nagusieńkiego mężczyznę, osłupieli. Podejrzenie, ze padli ofiarą głupiego żartu wypłynęło natychmiast po tym, gdy do domu wpadła Domina, wyjęła z torebki kluczyk od kajdanek i uwolniła nieszczęśnika. Wszyscy taktownie udawali, że nie rozpoznają prominenta z pierwszych stron gazet.
Klient opowiedział mi tę historię, a ja zaczęłam zastanawiać się, o co chce zapytać karty. A on zapytał: proszę mi powiedzieć, czy ja jestem skończony? Bo jeśli prasa się o tym dowie…. No cóż, karty stwierdziły, że pan na całej tej przygodzie zyska. Nieprawdopodobne! Bujdy! – krzyknął pan do słuchawki i rozłączył się.
Dwie godziny później
Klient-niewolnik zadzwonił i przeprosił mnie. Otóż z wiadomych względów przenoszą go na inne stanowisko, mniej eksponowane ale za to lepiej płatne. W dodatku w jego resorcie znalazła się inna Domina…