piątek, 27 marca 2015

Refleksyjny piątek

Z prawnikiem nie spotkałam się. Umówieni byliśmy już dawno, lecz stale "działo się" coś, co uniemożliwiało spotkanie się. Rozmawialiśmy zatem ze sobą przez telefon. Nie wiedzieć czemu, ubzdurałam sobie, że ten człowiek nazywa się Robert, choć w rzeczywistości ma na imię Łukasz, co z resztą przypominał przedstawiając się na początku każdej rozmowy. Nasze konwersacje stanowiły wzorcowy wręcz przykład taktu oraz elegancji. Były poprawne, aż się niedobrze robiło.
- Panie Robercie, jak upływa panu dzień?
- Ależ droga Pani, mam na imię Łukasz!
- Bardzo pana przepraszam, jestem dziś taka roztargniona!
- Nic nie szkodzi, to takie urocze w pani wykonaniu!
Ponieważ kontaktowaliśmy się ze sobą przynajmniej kilka razy dziennie, po zaledwie dwóch dniach Łukasz uznał, że znamy się już na tyle dobrze, że może złożyć mi pewną propozycję: - Czy zechciałaby Pani towarzyszyć mi podczas wesela mojego brata?
Oczywiście, że zechciałabym. Wesele brata odbędzie się w najbliższą sobotę i liczę na to, że wreszcie uda nam się zobaczyć i porozmawiać bezpośrednio. Ciekawe, czy Łukasz założy na tę okoliczność frak?
Niespodziankę sprawił mi dziś także Bracik, ponieważ nieoczekiwanie zaproponował spotkanie w realu i bynajmniej nie chodziło o supermarket. Tak już przywykłam do naszych wirtualno-youtubowych spotkań, że jego pomysł wydał mi się z początku niedorzeczny. Oczywiście, gdy zaproponował sobotę, natychmiast się zgodziłam!
Monotonne stało się natomiast pojawianie się na moim profilu randkowym  wiadomości tej samej treści, ale wysyłanych od różnych osób. Wiadomość brzmiała: Szukam niezobowiązującej znajomości. - Wszystkim odpisałam to samo: - Mam nadzieję, że znajdziesz.
Największą niespodziankę sprawiła mi jednak jedna z klientek. Od kilku dni przeżywałam wręcz oblężenie telefoniczne. Odbierałam po kilkanaście połączeń dziennie, a każde trwało dłużej niż przeciętnie. Poniedziałek obfitował w sprawdzanie potencjalnej zdrady u partnera, we wtorek dominowały zapytania o sens życia i jakie numery padną w lotto. Kilkanaście minut przed północą postanowiłam, że to koniec na dziś. Dosyć, żadnych numerów więcej, żadnych zdrad i nieszczęśliwych związków. I wtedy zatelefonowała Pani Kasia. Imię nie zostało zmienione na potrzeby bloga. Pani Kasia nie pytała o nic niezwykłego, można powiedzieć: standard. Lecz rozmowa z nią stanowiła najlepszy relaks, jaki mogłabym sobie wówczas zamarzyć. Śmiałyśmy się do rozpuku, zupełnie zapomniałam o profesjonalizmie i zasadach i rechotałam, jak żaba, odpowiadając na pytania Pani Kasi. Gdyby dziś ktoś mnie zapytał, co mnie tak rozbawiło w tej rozmowie, nie umiałabym odpowiedzieć, ale wiem jedno: Pani Kasiu, proszę co jakiś czas do  mnie zadzwonić. Jakoś się umówimy i ja Pani zapłacę za tę rozmowę!
Na koniec ciekawostka. Czasem dyżuruję w nocy. Nocne rozmowy są bardzo wyczerpujące i to nie tylko dlatego, że klienci telefonują zwykle między 2.30 a 4.15. Ta rozmowa była naprawdę niezwykła: - Halo, kim pani jest? - odezwał się męski głos. - Bo ja do domu dzwonię!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz