czwartek, 26 marca 2015

Hipnotyczny czwartek

Poddałam się hipnozie z ciekawości. Pragnienie doświadczenia czegoś więcej doprowadziło mnie do poznania pewnego człowieka, którego na potrzeby opowieści nazywać będę Panem Jackiem. Pan Jacek posiada ogromne doświadczenie w tzw.hipnotyzowaniu w celach leczniczych. Jest z wykształcenia lekarzem, ale zajmuje się także ziołolecznictwem i terapią uzależnień. Kilka miesięcy zajęło mi podjęcie decyzji, czy udać się do niego, czy poddać się hipnozie w ogóle. To przecież nie jest zabawa w wesołym miasteczku. Od razu zaznaczę, że wybór osoby, która będzie wprawiać w stan hipnozy jest ogromnie ważne. I nie chodzi tu tylko o kwalifikacje, ale przede wszystkim o osobowość. Gdybym nie miała  zaufania do Pana Jacka, moja przygoda z hipnozą zakończyłaby się już po kilku minutach.
Seans odbył się w gabinecie Pana Jacka. Tego dnia nie umawiałam się z z nikim, nie wiedziałam przecież , jak będę czuła się po wszystkim, ile czasu mi to zajmie. Towarzyszyła mi moja przyjaciółka, Iwona. Późniejsza relacja Iwony i Pana Jacka oraz moje odczucia składają się na tę opowieść. Gdyby nie fakt, że wiedziałam, o której to się zaczęło i o której zakończyło, nie umiałabym odpowiedzieć na pytanie, jak długo przebywałam w transie: kilka minut, kilka godzin czy kilka dni. Moje odczucia, jak się zachowywałam,  w porównaniu z obserwacją pozostałych dwóch osób, to dwa różne przeżycia. Podczas całego seansu odpowiadałam na zadawane pytania oraz sama mówiłam, co widzę, słyszę i czuję. Przebieg hipnozy był rejestrowany.
Położyłam się wygodnie na kanapie i zamknęłam oczy . W gabinecie był jasno, nie przeszkadzało mi to, gdzieś z boku sączyła się przyjemna muzyka reiki. Iwona siedziała pod ścianą i nie odzywała się. Pan Jacek zaczął wprowadzać mnie w trans, mówiąc do mnie łagodnym głosem: - Odpręż się, poczuj, jak twoje stopy się odprężają, poczuj, jak twoje kolana się odprężają, poczuj, jak twoje ręce się odprężają...
W pewnej chwili ogarnął mnie niewypowiedziany lęk. Serce podeszło mi do gardła, dłonie zrobiły się wilgotne, poczułam w sobie wręcz panikę. Otworzyłam oczy i usiadłam wyprostowana, gwałtownie łapiąc oddech. Nie potrafiłam wytłumaczyć, co się ze mną stało, dlaczego tak zareagowałam, czego się przestraszyłam.
- Pomyśl, co czujesz - powiedział spokojnie Pan Jacek. - Nie staraj się na siłę szukać odpowiedzi, czego się boisz. To przyjdzie samo. Teraz nazwij swoje uczucia.
- Lęk, nawet strach, taki, jakbym bała się o swoje życie, lęk przed śmiercią. - powiedziałam z wahaniem. - Zapadałam się w sobie i to mnie przeraziło. Zupełnie, jakbym tonęła.
- Nie bój się tego uczucia. - Pan Jacek łagodnie pogładził mnie po ręce. - To, przez co za chwilę przejdziesz już się wydarzyło. Ty ponownie tylko to odczujesz. Tak, jak w kinie, podczas bardzo sugestywnego filmu.
Wiedziałam, instynktownie czułam, że jeśli wycofam się teraz, to już nigdy nie pozbędę się tego  męczącego wrażenia, że uległam wobec własnej słabości. Nikt na mnie nie naciskał, nie czułam presji ze strony Pana Jacka, czy Iwony. Wiedziałam, że seans możemy przełożyć lub zupełnie z niego zrezygnować. Przez chwilę tego właśnie chciałam, odłożyć, odsunąć w czasie, na kiedyś, na później. Wiedziałam jednak, że to kiedyś już nie nadejdzie. Teraz. Muszę przez to przejść teraz.
Ponownie położyłam się na kanapie i zamknęłam oczy. Zanim Pan Jacek cokolwiek powiedział, mnie już zrobiło się gorąco ze strachu, cała drżałam, oddychałam ciężko. Uczucie tonięcia pogłębiało się, łapałam powietrze, jak ryba. Bałam się, że naprawdę utopię się w pokoju doktora, leżąc na jego sofie!
- Nie bój się, jesteś bezpieczna, nic złego cię nie spotka, nikt cię nie skrzywdzi... - sączył się łagodny głos Pana Jacka. I wreszcie przyszedł ten moment, kiedy strach był już tak wielki, że... przestałam się bać. Zrobiło mi się wszystko jedno, pogodziłam się z losem, tak mogę to opisać. Czułam, jak zapadam się w otchłań, niezmierzoną głębię i ciemność. Wtedy dopiero poczułam się w pełni rozluźniona. Moje ciało rozpadło się  na milion maleńkich cząsteczek, które zniknęły gdzieś w przestrzeni. Przestałam istnieć, ale dzięki temu czułam, że istnieję bardziej, mocniej. Nie było już żadnych ograniczeń, mogłam przeniknąć cząsteczkę wody, mogłam być wszędzie i wszystkim.
- Teraz policzę od 10 do zera. - kontynuował Pan Jacek. - Gdy dojdę do zero, dam ci znak i potem przeniesiesz się w głąb swojej podświadomości i pozwolisz, aby poprowadziła cię. Podążysz za nią, mówiąc o tym, co widzisz, słyszysz, czujesz, jak się czujesz.  Dziesięć...
Poczułam, że spadam. Wciąż było ciemno, spadałam w tunel bez dna. Raz szybciej, raz wolniej, raz leciałam z ogromną prędkością "na łeb na szyję", to znów opadałam wolno, niczym piórko.
- Pięć...
Odliczanie nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Nie towarzyszyło mi najmniejsze przekonanie, że gdy usłyszę "zero" to coś się wydarzy. Po prostu spadałam...
- Zero. teraz!
Wciąż spadałam. Czułam powiew powietrza, czasem było mi zimno, czasem cieplej, ale nie odczuwałam znacznego dyskomfortu. W pewnej chwili zatrzymałam się. Wisiałam w powietrzu. Ciemność wokół mnie zaczęła się rozrzedzać. Przypominało to świt, słońce wstaje i zalewa swoim światłem świat. Zobaczyłam brzeg rzeki lub jeziora, obrośnięty szuwarami, trawą wysoką na metr i innym zaroślami. To mogła być wczesna wiosna, bo roślinność nie przybrała jeszcze świeżej barwy, choć ja nie czułam chłodu. Dokoła nie było nikogo. Nie widziałam też żadnych zabudowań. Po chwili obraz się zmienił. Teraz patrzyłam na duże, męskie stopy, obute w mocno zniszczone i mocno zakurzone sandały ze skóry. Stopy krwawiły. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że są  to moje stopy i że ponad stopami jest tułów, ubrany w ciężką zbroję, w której jest mi  bardzo gorąco. Horyzont przesłaniał mi  ciężki hełm, spod którego coś wyciekało i spływało mi na oczy. Otarłam twarz wierzchem zakurzonej dłoni. W dłoni trzymałam miecz. Bolała mnie ręka. Zanim zdążyłam się zastanowić nad tym, co widzę, już biegłam skrajem urwiska. Pode mną ziała przepaść skalna, musiałam biec, bo ktoś za mną krzyczał. Biegłam boso, kamienie wbijały mi się w stopy, kaleczyły palce. Dobiegłam do krawędzi i skoczyłam. Nie bałam się. Rozłożyłam ręce, jak do lotu. Od tego momentu obrazy przesuwały się w takim tempie, że nie nadążałam z rejestrowaniem, co widzę. Widziałam bowiem powiewające, muślinowe zasłony, stary młyn, przy którym szum wody zagłuszał coś, co mówił do mnie młody chłopak, stół zastawiony truskawkami, niemowlę w kołysce, las, zielony i pachnący, brukowaną ulicę i śmierdzący rynsztok. Przy niektórych wizjach dane mi był zatrzymać się na dłużej, przy innych tylko na ułamek sekundy.
- Co widzisz? Czy widzisz jakieś nazwy, daty, twarze, które znasz? - przebijał się głos Pana Jacka. To mnie rozpraszało. Nie nadążałam z opowiadaniem, co widzę. Obrazy często były niewyraźne, lub widziałam coś z takiej perspektywy, że z początku nie umiałam powiedzieć, co to jest.
- Nie umiem tego opisać. Nie umiem tego do niczego porównać. To jest jakby skała, a w niej wydrążone otwory, jak w plastrach miodu, ale można tam wejść z każdej strony, można wejść do góry nogami i tak pozostać. Grawitacja nie działa. Ktoś coś do mnie mówi. Rozumiem, co mówi, choć nie słyszę słów i nie widzę nikogo. Mam wrażenie, że ja tez jestem tym kimś lub czymś. Wszędzie jest bardzo jasno, ale i tak nic nie widać. Tu wzrok i słuch są niepotrzebne, przeszkadzają. Gdy mówię, to nie mogę odczytać, co inni do mnie mówią. Jestem rozproszona.
- Nie wiem, czym jestem. Raczej nie człowiekiem... Czuję się silna i bezpieczna. Tam jest woda, jakieś jezioro. Muszę się napić. O rany! Zobaczyłam się! Jestem ptakiem! Orłem! Mam dziób!
- Coś na mnie siedzi. Czuję ciężar. Nie mogę się poruszyć. Jestem zakopana?... Nie wiem, co się dzieje... liście... wiewiórka... czy to możliwe, że jestem drzewem?...
- Lecę. Między szczelinami skalnymi. Pode mną są lasy, zielone, bezkresne. Co za cudowne uczucie...
- Wchodzę do sieni. To dom na wsi. Na ścianie wisi kalendarz, ale wiatr podnosi kartki do góry... chyba było  tam napisane 54 ale nie jestem pewna. Na lewo od wejścia jest duży pokój z wyjściem na werandę. Stół, na stole koszyk z grzybami. Ktoś przyszedł.... teraz idziemy wzdłuż drogi. Jest bardzo gorąco. Sierpień. Nie wiem, skąd wiem. Ten mężczyzna ma ciemne włosy i niebieskie oczy. Jest młody, uśmiecha się do mnie, całuje mnie w policzek.
- Wiszę nogami w dół. Nie mam oparcia. Dookoła jest rozwrzeszczany tłum, boli mnie kark, nie mogę spojrzeć w górę, but mi spadł...
- Jerozolima. Obserwuję, jak świat przewija się dookoła. Jem coś, mam brudne ręce... Te ręce są stare.
Nie pamiętam, ile było tych wizji. Niektórych nie umiałam w ogóle opisać. Mówiłam tylko, że jest mokro, ładnie pachnie, muszę skręcić głowę w prawo, coś lepkiego, jestem kobietą, chyba nie mam nogi itp.
Pamiętam, że podczas moich "podróży" czułam, że choć nie mam ciała, to czasem wykonuje ono jakiś ruch, pochyla się, opada, przewraca, patrzy w górę, w dół. Pan Jacek i Iwona zgodnie potwierdzili, że leżałam w całkowitym bezruchu. Poruszałam wyłącznie ustami.
W pewnej chwili Pan Jacek powiedział - Teraz policzę od pięciu do zera. Na "zero" wrócisz do stanu świadomości. Jeden...
Nie chciałam wracać. Wędrówka była męcząca, ale też ciekawa. Gdy usłyszałam "zero" zrobiło mi się przykro, byłam zła na Pana Jacka, że to przerwał. Chciałam "płynąć" dalej.
- Jak się czujesz? - padło pierwsze pytanie.
- Jestem zmęczona. - odpowiedziałam, - Jestem bardzo zmęczona, mam ochotę iść spać.
Tak też zrobiłam. Następnego dnia i przez kilka kolejnych dni czułam się znakomicie wypoczęta i zrelaksowana ale zarazem towarzyszyłam mi tęsknota za tym przeżyciem. Chciałam je powtórzyć. Ponadto twarz mężczyzny, którą ujrzałam podczas wizji, tego ciemnowłosego z niebieskimi oczami, pojawiała się również w moich snach. Kim on jest? Był? Dlaczego wciąż go wspominam?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz